Sherlock z przyjemnością informuje że wraca i serdecznie dziękuje za komentarze nawołujące go do powrotu, zwłaszcza zaś za te, które nawiązywały do Dydaktycznej Misji Bloga. Sherlock pragnie zarazem podkreślić, że jego zniknięcie z bloga samo w sobie stanowiło kontynuację Misji a także swoisty performatyw**. Sherlock wyznawał bowiem po wielekroć, że w życiu kieruje się nauczaniem Mistrzów Filozofii; skoro zatem dał się zeżreć znanym już dziś sprawcom*** i zamilkł na trzy miesiące to uznał to za lepszy dowód na to, że "Filozofia Uczy Nas Jak Nie Żyć" niż jakakolwiek notka, którą mógłby pod tą dydaktyczną etykietą wyprodukować. A jednak, jak się przekonacie, powrót Sherlocka oraz nowe jego przygody ukażą Wam słuszność tytułowej tezy z jeszcze boleśniejszą wyrazistością.
*****
**Filgloska: performatyw to pojęcie, które nie tylko zagościło, ale wręcz czuje się jak u siebie w domu w slangu współczesnych filozofów dzięki... um... powiedzmy może lepiej bez tego zbędnego entuzjazmu: za sprawą J. L. Austina, który zwrócił uwagę na fakt, że czasem, kiedy coś mówimy, to wypowiedź nasza, o ile została wypowiedziana w stosownych okolicznościach, jest zarazem pewnym działaniem. Brzmi jak niewinna oczywistość - czyż nie każda wypowiedź jest jakimśtam działaniem? - dopóki nie uświadomimy sobie różnicy między zgoła nieperformatywnym "poproszę pół kilo kartofli", po którym szybciutko można zmienić zdanie na dwa kilo czereśni i sprawę kartofli uznać za nigdy niebyłą, a pełnym grozy performatywem "niniejszym biorę sobie Ciebie, Klotyldo, za żonę...", po którym nawet w wariancie optymistycznym Klotylda już na zawsze będzie naszą byłą, a w najgorszym razie to i całkiem obecną... No więc z tym performatywem Sherlocka sprawa jest znacznie ciekawsza, bo jest on nie dość że na odwrót to jeszcze z metafizycznego punktu widzenia całkowicie nielegalny. Po pierwsze, to tutaj działanie (na blogu) miałoby coś mówić (że filozofia uczy jak nie żyć). Po drugie, działanie sprowadza się w tym wypadku do braku działania, a jak nam brak działania, pustka, szaranagajama i nicująca nicość oddziaływa w jakikolwiek sposób, nie wspominając już, że w tym wypadku odwrotnie-performatywny, to, Houston, mamy problem.
*** Że nikt z Czytelników zagadki nie rozwiązał to może i jeszcze jest do usprawiedliwienia, ale że Sherlockowi zajęło to owe trzy miesiące z okładem to jest, niestety, obciach pierwsza klasa. Bo naprawdę, wystarczyło znać podstawy Kanonu Sir Arthura Conan Doyle'a albo Hegla na poziomie "Filozofii dla najmłodszych, kolorowanki - maluj razem z sówką!", by domyślić się, że jedyne co zeżreć Sherlocka mogło tak całkowicie, to, naturalnie, jego antyteza, czyli profesor Moriarty. Nasuwa się tu ciekawe pytanie, co wyniknie z Sherlocka i anty-Sherlocka syntezy, ale tego, na szczęście, dowiemy się, jeśli w ogóle, o zmierzchu, kiedy wylecą pokolorowane sówki Minerwy, a Watson nareszcie napisze prawdę o tym, co wydarzyło się nad wodospadem Reichenbach, w którego otchłań stoczył się Sherlock H. w objęciach śmiertelnego swego wroga i najinniejszego Innobytu, by po trzech latach zmartwychwstać i na Baker Street powrócić.
*****