Friday, 15 May 2009
O tym, dlaczego Sherlock jednak nie zostanie ateistą...
Tuesday, 28 April 2009
O tym, dlaczego Sherlock nie będzie pisał bloga o jeździe na rolkach.. i o czym będzie dalej..
Friday, 3 October 2008
Heglowskie sprostowanie... Nie pytajcie, po co pisze się bloga...
Niegramatyczny blog Sherlocka to zatem Nieblog jest i w ogóle Niebyt.*
Cięta riposta wujka Hegla nadleciała ze strony zupełnie nieoczekiwanej i wzięła Sherlocka z zaskoczenia. **
Zaskoczony Sherlock prosi zatem, by w tej trudnej gram-metafizycznej sytuacji bloga jego potraktować roboczo jako Innoblog i zobaczymy, może przytupta jakaś sowa Minerwy i coś nam z tego zsyntetyzuje.***
A po lekturze filglosek zwróćcie uwagę, jak po raz kolejny filozofia pięknie uczy nas, jak nie żyć.
***
* Filgloska długa i zawiła, bo dawno takiej nie było ;)
I wspomniani w poprzedniej notce studenci i belfrzy-plagiatorzy, a nawet może i tajemniczy wielbiciel filozofii Kenta słyszeli zapewne, że granice naszego języka są granicami naszego świata i że wymyślił tak pierwszy Wittgenstein. Trwa spór, czy był ów pierwszy Wittgenstein hurraoptymistą czy też uojezupesymistą, bo a) hurra! język taki duży i świat taki duży, b) hurra! język taki mały i świat taki mały c) uojezu! język taki duży i świat taki duży, brr, d)...
Jak by jednak na to nie patrzeć, jeżeli język Sherlocka do języka właściwego nie przystaje, albo też w ogóle - z uwagi na owo nieprzystawanie - na miano języka nie zasługuje to i świat jego, a blog w szczególności, nie przystaje lub nie zasługuje. No a namawianie Czytelników, by język Sherlocka przyjęli i narażanie ich na to, że sami się przez to w Niebyt wystrzelą uważa Sherlock za głęboko niemoralne. Poza tym, o ile Byt i Blog jest jeden, o tyle z Niebytem i Nieblogiem wcale nie wiadomo i zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że i tak by się Sherlock z Czytelnikami w Nieistnieniu minął.
Drugi Wittgenstein, którego niektórzy hurraoptymiści skłonni są uważać za spokrewnionego z pierwszym, choćby dlatego, że obaj wychodzili dość podobnie na zdjęciach (zapewne podobieństwo rodzinne), nie polepsza sprawy. U drugiego Wittgensteina zamiast języka i świata mamy gry językowe, rządzone przez swoje gramatyki. I jak by subtelnie owego pojęcia gramatyki nie rozumieć, i jak by go ze zwykłym nie kontrastować, i tak wyjdzie, że Sherlock się do zasad obowiązujących w jego rodzinie gier nie stosuje i grę jakąś pół-prywatną i nielegalną usiłuje zmajstrować. A ten drugi Wittgenstein to chyba był realista.
** Tak tak, tu chciał Sherlock napisać, że took go by surprise, ale po dwóch tygodniach w Szkocji nie wypada ;)
*** Wypada natomiast jakoś uspokoić ewentualnych antyheglistów wśród Czytelników. Rozwiązanie w duchu Davida Lewisa, które z uwagi na delikatne żołądki antyheglistów nazwiemy alternatywnym, chociaż jest to wyłącznie mydlenie oczu, polegałoby na uznaniu, że do momentu, gdy w języku przyjmą się stosowne konwencje pozwalające na utożsamianie blogu i bloga, Innoblog Sherlocka w świecie rzeczywistym jest jedynie czystą możliwością bloga. Sherlock może się nawet na użytek tej teorii osobiście do jakiegoś świata możliwego wyprowadzić.
I w tym miejscu wypada mu po raz kolejny złożyć hołd duchowi Lewisa, bo gdyby nie On, to by Sherlock rychło i nędznie skończył jako esencja nieegzemplifikowana. Ale o tym, co to za straszny los, to już w następnej filglosce będzie...
Wednesday, 1 October 2008
O tym, po co pisze się bloga
Na wstępie zaznaczmy, że w teorii naszej przyjmujemy pozycje skrajnie eksternalistyczne, to jest nie dbamy o pierwszoosobowe wyznania autorów ("świat musi się dowiedzieć", "świat musi zobaczyć, jaką mam śliczną dzidzię!", "wyborcy powinni poznać mnie od tej ludzkiej strony mojego murzyna", "jako jednostka wybitna czuję, że ciąży na mnie szczególna odpowiedzialność", "nikt mnie nie kocha, ludzie są nieczuli, niech mnie blogasek w bóliku utuli", "nikt mnie nie publikuje, to se z bloga pomnik wykuję, iiiihaa! nie znasz dnia strony ni godziny gdy cię dopadną me wypociny", etc., etc., etc.) ani czytelników ("och jak ty fajnie piszesz, może skoczymy na piwo?"); podajemy motywacje obiektywne, nawet jeśli nie od razu (przypadek Sherlocka) lub nawet w żadnym momencie nie są one świadome**.
Sherlock na przykład jeszcze dziś w nocy był przekonany, że bloga pisze po to, by nie odpowiadać sobie na pytanie, co się robi na obczyźnie o trzeciej nad ranem, gdy do nocnego daleko, a i tak na skajpie wszyscy już wymiękli.
Prawda została mu objawiona w chwilę później, gdy z braku weny oddał się studiowaniu raportów Google Analytics***. I pojął, że bloga pisze się, moi drodzy, po to, by się dowiedzieć, kto i po co naszego bloga czyta.
Google nie śpi. Google patrzy. I Google WIE, czego szukali ci, którzy nas znaleźli****.
Że szukali przygódsherlocka, sherlocka k, a nawet i dziesiątek wersji pokrewnych to nic dziwnego, Sherlock może najwyżej rumieńcem zapłonąć, że taki jest rozgooglowany. Zasmuciło go, że szukali również scherlocka - i, co gorsza, że evidently znaleźli.
Dlaczego alkohol szkodzi?, pytali Sherlocka przyszli Czytelnicy,
dlaczego nie należy pić?! (alkoholu, piwa lub wręcz w ogóle),
jak bardzo piwo szkodzi? (Czytelnik precyzyjny)
jak nie pić piwa? (Czytelnik zdesperowany)
Jak dużo pić piwa? (Czytelnik, który trafił pechowo)
Jak pić dużo piwa? (Czytelnik, który trafił nieco lepiej)
Jak w ogóle należy pić piwo? (tu narzuca się potrzeba porad technicznych; postara się Sherlock lukę uzupełnić)
Po czym poznać, że można dużo wypić? (po tym, że się nie jest wstrząśniętym treścią bloga)
Porzucić picie piwa! (tu Sherlock czuje, że argumentacja jego mogła być pomocna!)
I co niby potem pić? (tu także)
Do bloga Sherlocka prowadziła i
zatruta wódka (stąd zapewne okresowe spadki liczby Czytelników)
i wódka z Kubusiem (o zgrozo)
i wreszcie, po prostu, zapicie alkoholizm wraz z optymistycznym
wątroba odrasta!
Czytelnicy pragnęli się dowiedzieć, jak to jest
być tłumaczem i
co to znaczy być filozofem?
(a otrzymali: filozof: wyjaśnienie na wesoło oraz bojaźń i drżenie Kierkegaarda).
Sherlock pękł z dydaktycznej dumy, gdy dowiedział się, że blog jest jest źródłem wiedzy na temat
mitu danych zmysłowych
zasady biwalencji
principium inividuationis
funkcjonalizmu+filozofii=definicji
dowodu na istnienie świata w ogóle
oraz dowodu na istnienie zewnętrznego świata (moore) w szczególe, co jest kolejnym widomym znakiem, że na blogu bywają studenci filozofii, dręczeni metafizycznymi pytaniami:
co to jest sesja?
dlaczego pada (deszcz)?
dlaczego pada deszcz + wyjaśnienie?
a zarazem świadomi, że pytań owych
bez wódki nie rozbieriosz.
A oprócz studentów zjawili się na blogu:
hegliści sowa minerwy wylatuje o zmierzchu
neohegliści: sowa minerwy wylatuje PO zmierzchu
kontrneohegliści: sowa minerwy ZAWSZE wylatuje O zmierzchu
hegliści przyziemni: sowa minerwy PRZYCHODZI o zmierzchu (Pan Jezus już się zbliża tupu-tupu-tup!)
talesiści: metafora wody w filozofii
antytalesiści-hydroantyrealiści: przecież nigdy deszcz nie pada!
górale-internauci, którym żal: Bieszczady tożsamość
wojskowi: Bitwy bieszczadzkie
jacyś sympatyczni ludzie: jamniki do kupienia, których Sherlock serdecznie przeprasza, że nie będzie pomocny w zakupie kojca dla psów faustus
i tacy mniej sympatyczni: pół jamniki (uwaga, autora zapytania Ile lat żyje jamnik uprzedzamy, że po przepołowieniu zdecydowanie krócej!)
Sherlock dumny jest, że mógł służyć pomocą:
przedszkolankom: kolorowanki nowe przygody autobusy
a zwłaszcza braciom sherlockistom: choć nieprawdopodobne musi być prawdą, nawet jeśli sherlockiści owi to tylko belfrzy-plagiatorzy: Conan Doyle konspekt lekcji, żywi jednakże nieokreśloną nadzieję, że nauczycielem nie była osoba poszukująca informacji nt. filozofii Kenta.
Nie jest natomiast pewny, czy to, czego szukał odnalazł na jego blogu autor zapytania:
czy rozmiar ma znaczenie?, zwłaszcza jeśli autor ów jest również autorem rozpaczliwego w Google wrzuconego wyznania ukręciła jaja!
Ponadto był Sherlock źródłem inspiracji dla poetów (bo w deszczu nie widać...), złodziei-amatorów (cięcie szyby diament), gospodyń/gospodarzy domowych (wyjść w praniu) aż wreszcie dla kogoś, kto nawet jeżeli do rodziny Sherlocka nie należy, to niebawem zacznie (znaczenie focha angielskiego).
Tylko, jedno, najmilsi, dręczy Sherlocka i, ukhm, niepokoi. Proszę, jeśli jesteś tu, drogi Czytelniku, napisz mi, czy mój blog pomógł Ci w walce z chronicznym chrząkaniem?
P.S. Kto oprócz Sherlocka zaczął się serio obawiać, że Google to jest właśnie ten Duch, o którego była cała Heglowska afera?
***
* Dla przewrażliwionych: spoko, dzisiaj NIE będzie o paradoksie kłamcy;)
** Sherlock zawsze stanowczo polemizował z tezą o tak zwanym uprzywilejowanym pierwszoosobowym dostępie do własnych stanów mentalnych, zwłaszcza w odniesieniu do pragnień. Teza owa głosi tyle, że sami wiemy, czego chcemy lepiej niż jakakolwiek osoba druga (osoby trzecie są niewtajemniczone zawsze i z definicji), choćbyśmy owej osobie drugiej najszczerzej jak umiemy i wszelkimi językami pragnienia owe komunikowali. Sherlock nawet nie wie, czy jest sens się trudzić i przytaczać banalne kontrprzykłady postaci
A: Ale ja dzisiaj nie chcę pić.
B: [nalewa]
A: Ej, ale czemu ty masz więcej?!
*** Dla niewtajemniczonych (są tacy??); google analytics jest to mały detektywik Sherloczek, którego instaluje się na swojej stronie/blogu, żeby Sherloczek ten obserwował i dedukował; ilu nas czyta, gdzie nas czytają, jak często bywają, jakich przeglądarek używają, czy są to dzieci neostrady czy mają burżuje lepszego jakiegoś neta?, wolą Żołądkową czy Żubrówkę? skąd przybywają? dokąd poleźli? etc. Na koniec smaruje taki mały Sherloczek sto dwadzieścia wykresików, które można sobie potem obejrzeć.
****No właśnie. Mały Sherloczek wypisuje jeszcze pracowicie, jakie słowa wrzucone w gugla doprowadziły nieszczęsne ofiary do naszego bloga.
Sunday, 28 September 2008
O tym, że Sherlock jest już prawie E.T. i o tym, co teraz będzie.
Stanowcze oświadczenie jest takie, że o ile przez ostatni miesiąc życie Sherlocka pełne było różnych różności, a zwłaszcza zdziwień, konferencji i przygotowań do Wielkiego Odjazdu, o tyle wszystkie znaki wskazują, że najbliższy miesiąc pełny będzie li tylko pustki, a że nie można codziennie pić wódki (bo tu droga), to czasem trzeba blogować.
Jako że Sherlock uczony jest teraz z wielką surowością, jak należy pisać w jedynie słusznym akademickim duchu, prosi, aby wybaczyć mu, jeżeli od razu pewne światłe i niewątpliwie w pisaniu niezbędne zasady od razu w bloga wprowadzać pocznie* - choć być może nie zawsze tak ściśle, jak by sobie sekretariat jego nowy życzył...
Praca niniejsza składać się będzie chyba z około dwóch części, przy czym w pierwszej wyłuszczy Sherlock czym się dziwił, od razu przy okazji załatwiając temat Odjazdu, a co do konferencji to się zobaczy. W części drugiej poświęci się działalności skrajnie kontynentalnej i nieanalitycznej a mianowicie analizie pustki i wszelkiego rodzaju innych niebytów, ze szczególnym uwzględnieniem tytułowego niebytu różnic między nim a E.T.**.
Tezę wyłuszczy sobie Czytelnik samodzielnie. Wprawdzie Sherlocka uczą, że powinien podać ją wprost, ale jednocześnie przestrzegają, by zawsze doceniać Czytelnika i głupot mu nie serwować. Innymi słowy, Sherlock ma prawo zakładać, że Czytelnik jego idiotą nie jest, podejrzenia można natomiast żywić co do autora. Więc*** już może lepiej niech tę tezę powyciąga ktoś, kogo darzyć należy większym zaufaniem.
Zdziwienie zasłużenie uważane jest za szlachetne źródło filozofii. Zanim jednak rozbudzi Sherlock Czytelników apetyty na ewentualne filozoficzne pokłosie swoich zdziwień, pragnie zaznaczyć, że w jego wypadku zdziwienie pożarte zostało całkowicie (jak niegdyś Sherlock przez anty-Sherlocka) przez dialektyczną swoją anty-cząstkę. Wyjaśnić tu trzeba, że tym, co zdziwienie zabija nie jest, naturalnie, żadnego rodzaju wyjaśnienie, bo każde wyjaśnienie zdziwienie porządnego filozofa co najwyżej jeszcze bardziej rozpala. Zdziwienie znosi jedynie zdziwienie wyższego rzędu. Metazdziwienie. Zdziwienie, że się Sherlock zdziwił...
...na przykład tym, że mając bilet lotniczy na piątek, 12, rano, w czwartek urządził Sherlock wieczór pożegnalny i nie udało mu się nawet spakować, o docieraniu na lotnisko nie wspominając. A potem zdziwił się Sherlock, że się zdziwił, że zamiast w Krainie Whisky wylądował na Zjeździe Żywych Trupów w Warszawie.
Że zdziwił się Sherlock jak mu się w końcu wylecieć z ojczyzny udało, to samo w sobie zadziwiające jest w stopniu minimalnym. Bardziej zaskoczony czuł się Sherlock już na edynburskim bruku. Na lotnisku, gdzie zdziwił się, że nie spodziewał się, że pierwsze powitalne esemesy nadejdą od tych, z którymi przed chwilą się żegnał. Na przystanku, gdzie sam śmiał się z siebie, że się dziwi, że pod pomnikiem sir Walter Scotta stoi facet w spódnicy i gra w najlepsze na kobzie. I zdziwił się Sherlock nieskończenie, gdy zdziwił go fakt, że w Szkocji codziennie pada i równie codziennie nie ma Żubrówki. A potem fakt, że Żubrówka jest (patrz wstęp), jak tylko Sherlock zdoła się na 50 metrach zgubić i nieomylnym instynktem wiedziony trafi do polskich delikatesów za rogiem. Że pierwszego dnia w Szkocji poznał Sherlock Greka, dwie Chinki, Hiszpana, Kenijczyka, Hindusa i byłą mieszkankę Ghany - i wszyscy mówili po angielsku lepiej niż Szkot ze Starbucksa. Że od drugiego dnia do dziesiątego przyszło mu wysłuchać trzydziestu sześciu serdecznych powitań, odbyć godzinne warsztaty z uprawiania small-talku, zarobić w bibliotece Ł75 kary, dostać trzy i pół tony materiałów na temat czterech kursów, na które nie uczęszcza (brakujące pół tony dostało opóźnienia, jak mawia PeKaPe). I nie zrobić poza tym z filozofii zupełnie nic a nic.
Aż na koniec zdziwił się Sherlock naprawdę****. I ze zdziwienia tego oblazła go refleksja*****, a z refleksji wypełzł wniosek. Co tam wniosek... Ba, dowód! Dowód, że Sherlock jest prawie E.T.
Oto ów dówód, który zadziwić może tym jedynie, że zadziwia prostotą.
1) Po pierwsze, jak wiadomo******, E. T. i dowolnego Polaka na Wyspach różnią trzy szczegóły:
po pierwsze, E. T. mówi po angielsku, po drugie, ma rower, po trzecie, chce wracać do domu.
2) Sherlock jest dowolnie wybranym Polakiem na Wyspach.
3) Sherlock mówi po angielsku...
...i wiecie co? Chyba sobie do kompletu jeszcze kupi rower.
***
* Składnia zupełnie skandaliczna i w esejach porządnych studentów niestosowana. Nie trzeba dopowiadać, jakie wnioski można tu wysnuć na temat woli Sherlocka, aby stać się porządnym studentem.
** Sherlock obawia się, że w porządnym akademickim eseju tego nadgryzionego spróchniałym zębem kontynentalnego zepsucia punktu nie usankcjonowałby nawet fakt grzecznego wymienienia we wstępie...
*** Nie zaczyna się zdania od "więc". Wiem.
**** Tym razem tak wprost, już nie na metapoziomie.
*****Kto z Was jest w stanie o każdej refleksji powiedzieć, że Was po prostu "naszła" proszony jest o zgłoszenie tego w faktu w komentarzach, może mieć to istotne filozoficzne znaczenie dla argumentu z możliwości zombie.
******Surowe antyplagiatorskie przepisy Uczelni stanowczo nakazują wskazać źródło każdej myśli, co do której zachodzi podejrzenie, że sami byśmy na nią nie wpadli. Abstrahując od problematyczności takiej dyrektywy, pragnie Sherlock zaznaczyć, że co do refleksji zawartej w założeniu pierwszym akurat bez wątpliwości można orzec, że została ona Sherlockowi przekazana w trakcie Seulskiej Anabazis (relacji z której część druga już wkrótce!) przez TFW, któremu niniejszym serdecznie się dziękuje.
Sunday, 10 August 2008
O tym, jak bardzo niebezpiecznie jest być filozofem; Seulskiej Anabazis Sherlocka część pierwsza
Drodzy Czytelnicy,
dzisiejsza notka pełna będzie niezdecydowania, jak niezdecydowania pełen jest zbiór światów możliwych obecnie dostępnych dla Sherlocka. W zasadzie – ale tylko w zasadzie – Sherlock właśnie wrócił z Korei, gdzie, w zasadzie, uczestniczył w Światowym Kongresie Filozofii. W zasadzie, wrócił tylko na miesiąc, bo za miesiąc, w zasadzie, wyprowadza się do Edynburga, gdzie, w zasadzie, rodzić się winny dla Was notki filozofią i whisky (zamiast, jak dotychczas, wódką) płynące. W zasadzie zatem, to, co teraz powinno nastąpić, to humorystyczna relacja z Seulskiej Anabazis Sherlocka. I, w zasadzie, ale tylko w zasadzie pierwszy jej odcinek nastąpi.
Bo, moi drodzy, w istocie żarty się skończyły. Dzisiaj przekonacie, się, że Filozofia Uczy Jak Nie Żyć ponieważ każdy, kto kiedykolwiek filozofii dał się ukąsić, może tej wiedzy potrzebować.
Podobnie jak w wypadku tłumaczy-alkoholików, Sherlock nie ma oczywiście – w zasadzie - żadnych sprecyzowanych intuicji w kwestii liczby samobójstw wśród filozofów. Z drugiej strony - również w zasadzie – nie uważa jednak, by przypadki, w których nazbyt dosłowne potraktowanie ludzkiej egzystencji jako Sein-zum-Tode skłania filozofa do przedwczesnego i własnoręcznego zakończenia owej egzystencji, stanowiły o morderczej potędze Filozofii jako takiej. Nie jest to też odpowiedni moment, by roztrząsać, dlaczego Sherlocki oraz inni ludzie filozofią ukąszeni, ilekroć Muza odwraca się do nich du...mnym i nieprzystępnym obliczem i braknie im świeżych pomysłów do obróbki, kierują resztki energii wygłodniałego intelektu** na obmyślanie 20 metod samobójstwa przy pomocy arbuza*.
Dzisiaj zajmiemy się – po raz pierwszy, choć, w zasadzie, nie ostatni – zagrożeniami, które czyhają na filozofa w jego filozoficznym życiu codziennym. Wszak cala Seulska Anabazis Sherlocka wzięła się stąd, że do istoty filozoficznego życia filozofa należy, w zasadzie, uczestnictwo w konferencjach. A uczestnictwo w Dwudziestym Drugim Światowym Kongresie Filozofii w Seulu należało do największych wyzwań w całym Sherlocka życiu w ogóle.
Prolog, kiedy to Sherlock oraz jego równie przez filozofię przeżarty Towarzysz Filozoficznych Wojaży (TFW) na zmianę gubili wszelkiego rodzaju dokumenty tożsamości, cudem z uczelni wyszarpane dewizy, pojęcie o tym, jak załatwić hotel oraz najróżniejsze przedmioty, które na konferencji filozoficznej mogą się przydać (na przykład: własny referat) w zasadzie sam w sobie dostarczył niemałych emocji, a prawdopodobieństwo, że Sherlock lub TFW lub oboje na raz zginą z ręki własnej (wzajemnej), cudzej lub instytucjonalnej momentami przekraczało 273 procent. Wyjazd na filozoficzną konferencję ma jednak większy metafizyczny ciężar niż byle wypad na wczasy więc już na tydzień przed wylotem plan dotarcia na lotnisko mieli Sherlock oraz TFW opracowany w najdrobniejszych szczegółach. Sherlock zamierzał, na przykład, jechać do Warszawy w niedzielę, 27 lipca i na Okęcie dotrzeć ze spokojem i godnością 29, we wtorek, o poranku. TFW dla bezpieczeństwa postanowił do stolicy przybyć już w sobotę, 25 lipca i z Sherlockiem spotkać się na Odlotach we wtorek, 28. Oba plany nie były pozbawione rozsądku, bo w rzeczywistości 29 lipca faktycznie wypadał we wtorek, jak sądził Sherlock, a odlot samolotu faktycznie wypadał 28, jak podkreślał TFW. Drobne niedoskonałości zostały jednak skorygowane, dzięki czemu podróżnicy nasi mogli z niekłamanym filozoficznym zdumieniem powitać fakt, że stosownego dnia dotarli na właściwe lotnisko, oboje z przejęcia równo pół godziny przed czasem.
Banalnych zagrożeń związanych ze startem, przesiadką w Amsterdamie, gdzie przed lotniskiem Schiphol krążą w wieczornym powietrzu dźwięki z filmów Kieślowskiego i kuszące wonie Coffee-shopów oraz tłumem Koreańczyków lekce sobie ważących zakaz używania elektroniki choćby przez dziesięć minut lądowania nawet nie sensu przytaczać.
Fakt, że Koreańczycy jak źrenicy oka strzegą wstydliwego sekretu, jakim jest znajomość angielskiego co najmniej w piśmie i otwarcie pozwalają sobie co najwyżej na lekką zmianę akcentów w potoku wdzięcznej koreańskiej mowy także sam w sobie niebezpieczny się nie wydawał. Właściwy autobus z lotniska do hotelu odnaleźli Sherlock i TFW w niecałe trzy papierosy.
I tak naprawdę dopiero w hotelu powinni byli sobie uświadomić, jak nikłe są ich szanse na powrót cało do domu.
W pokoju bowiem oprócz standardowego wyposażenia, morderczej klimatyzacji i dobrze znajomych, kojących obiektów w rodzaju popielniczki znajdowały się przedmioty budzące głęboką nieufność a w skrajnych wypadkach metafizyczny lęk. Szafa działająca jak lodówka (to jest tak, że nie da się jej przyłapać z wyłączonym światłem), czy wielka latarka na ścianie to jeszcze mieściło się w granicach dobrze pojętej egzotyki. Druga latarka w szufladzie, stos informacji o postępowaniu na wypadek bliżej nieokreślonych – to jest, określonych wyłącznie koreańskimi krzaczkami – katastrof jednak podgrzała nieco atmosferę, a już element wyposażenia w postaci około dwumetrowej długości sznura, który należało przywiązać do haka w podłodze przyprawił Sherlocka o pełne fatalizmu dreszcze. Sznur sam w sobie nie jest stosownym elementem wyposażenia pokoju filozofa (wyobrażacie sobie, ileż można wymyślić arbuzowo-sznurowych kombinacji?) a już jeżeli dwumetrowy sznur służący do zwieszenia się z piątego piętra, ma robić za gwarancję bezpieczeństwa przed jakimś zagrożeniem, to Sherlock wolałby owego zagrożenia w ogóle sobie nie wyobrażać. Wprawdzie ekwipunek ratunkowy pokoju obejmował również telefon alarmowy w łazience, ale Sherlock od początku podejrzewał, że znajduje się on tam wyłącznie na wypadek nagłego zaatakowania gościa przez bideto-ubikację rodem prosto z „Terminatora”. Potwór ten elektro-hydrauliki miał pięć pokrytych krzaczkami guziczków, trzy lampki i bardzo podejrzanie mrugał. Konkretnego przeznaczenia guziczków nie udało się, niestety – a może na szczęście - ustalić. To znaczy, ani Sherlock ani TFW nie ma pewności, czy między faktem ponaciskania wszystkich guziczków a nagłym przybyciem boya z recepcji, który zgięty w pół wręczył Sherlockowi szampon zaistniał związek przyczynowo-skutkowy czy tylko korelacja czasoprzestrzenna.
Z pewnością jakieś funkcje pełniły również rozliczne przyciski i przesuwki pokrywające pancerną obudowę ogromnego czajnika (Czajnika!), który dominował swoim istnieniem całe wnętrze pokoju, od czasu do czasu wydając z siebie dźwięki zbliżone do charczenia Lorda Vadera. Jednak jeszcze bardziej niż podejrzenia o udział Czajnika w Ciemnej Stronie Mocy niepokoił Sherlocka fakt, że za nic nie dało się Go wyłączyć (wprawdzie TFW twierdzi uparcie, że pod koniec pobytu opracował subtelną technikę opartą na pełnym wyczucia przyciskaniu odpowiedniej kombinacji guziczków dokładnie w odpowiednich momentach, ale już znacznie prostszym filozoficznie wyjaśnieniem byłoby orzec, że Czajnik po prostu TFW polubił i w łaskawości swojej pozwolił mu w to uwierzyć). Po wyciągnięciu wtyczki Czajnika z kontaktu charczenie zdecydowanie przycichało, a pary leciało jakby mniej, ale któż wie, co taki Czajnik od prądu odłączony może w zemście uknuć?
W zasadzie jednak, gdy minęła szczęśliwie pierwsza groźna noc, zaczęło się Sherlockowi i TFW wydawać, że skoro na miejsce dotarli, skoro pokój okiełznali, to przez resztę konferencji przejdą krokiem spacerowym.
W zasadzie.
Ciąg dalszy, w zasadzie, jeszcze nastąpi...
*Jak niektórym wtajemniczonym wiadomo, Sherlock obmyślił w swoim czasie dziesięć takowych metod po czym postanowił jednak zająć się czymś stosowniejszym do powagi sytuacji i przerzucił się na bardziej melancholijne rośliny w rodzaju szpinaku.
** Jak do tej pory, zagadki Sherlocka, choć cieszyły się pewną popularnością, to wszelako przeważnie nie doczekiwały się poprawnych odpowiedzi. Autor poniższego cytatu jest oczywisty. Pół litra każdemu, kto cytatu na sobie doświadczył;)
Tuesday, 11 March 2008
O tym, dlaczego czasem smutno jest być heglistą, część pierwsza, jak zwykle bardzo niedydaktyczna...
Bo, moi drodzy, Hegla nie kochać się nie da, ale czasami jest to miłość trudna.
Sherlock zawsze uważał, że na (dobre) zajęcia nie tylko warto czytać zadane teksty, ale że jest to wręcz pewien imperatyw (patrz Kant). Tym bardziej, jeśli tekst ów należy do żelaznej klasyki historii filozofii, a zwłaszcza - zwłaszcza! - jeśli tekst ów napisał ktoś, kto zawsze ma rację, czyli Hegel. Kiedy więc zdarzyło się tak, że wieczorem przed porannymi (dobrymi) zajęciami z Hegla, padł Sherlock snem zmorzony tekstu uprzednio nie przeczytawszy, Duch Sherlocka poczuł się w słabej cielesnej skorupie uwięziony i o godzinie piątej zażądał wyzwolenia.
Wstał tedy rozespany Sherlock, zaparzył resztki kawy ("dla Ciebie zjadłe smakują trucizny!") i w poczuciu, że choć może i jest to upokarzające, żeby Obowiązek wybudzał go po trzech godzinach snu, ale że przecież miłość ci wszystko wybaczy ("dla Ciebie więzy, pęta niezelżywe!").
I oto, jaka spotkała go nagroda...
"Żywa substancja jest bytem, który naprawdę jest podmiotem, albo, innymi słowy, jest bytem, który jest naprawdę rzeczywisty tylko o tyle, o ile substancja jest ruchem zakładania i ustanawiania siebie samego (des Sichselbstsetzens), czyli zapośredniczeniem (Vermittlung) między swoim stawaniem się czymś innym (das Sichanderswerden) i sobą samym."
...tu Sherlock zapalił papierosa... Ale Duch krzyczał "dalej!"
"Jako podmiot jest ona czystą prostą negatywnością i właśnie dlatego rozdwojeniem prostej niezłożoności, czyli przeciwstawnym podwojeniem, które ze swej strony jest negacją obojętnej różności i jej przeciwieństwa; i tylko ta rekonstruująca sama siebie równość, czyli tylko ta refleksja kierująca się ku sobie w tym, co inne, jest prawdą - a nie pierwotna jednia jako taka, czy jednia bezpośrednia jako taka."
(G. W. F. Hegel, Przedmowa do Fenomenologii ducha, str. 26 wydania polskiego - podaję na wypadek, gdybyście myśleli, że zmyślam. Niestety, to autentyk...)
Tu Sherlock zapalił czwartego papierosa, a Duch jego pomyślał, że jeżeli tak ma wyglądać uświadamianie sobie własnej wolności, to nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać.
Ale, moi drodzy, happy endu tej historii nie będzie. Bo Sherlock dobrze wie, że Duch, tym smutnym doświadczeniem pouczony, następnym razem wybudzi go po prostu wcześniej i do lektury zagoni bardziej oprzytomniałego.
Bo miłość - kochani! - wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję... I nawet Hegla przetrzyma...
***
Spokojnie, żadnej filgloski chwilowo również nie będzie ;) Ja też nic z tego nie rozumiem...
Monday, 3 March 2008
O filozofii bardzo (nie)praktycznej, część pierwsza
W ramach krótkiej filgloski autobiograficznej trzeba powiedzieć, że filozoficzna pasja Sherlocka pewnie nie przybrałaby tak zatrważających rozmiarów, gdyby nie fakt, że pewnego wiosennego dnia pod koniec pierwszego roku swoich studiów Sherlock szaleńczo się zakochał. Od pierwszego wejrzenia. Ślepo, bez granic i bez pamięci. Był słoneczny czerwcowy poranek, kwitły kasztany, kwiliły ptaszęta, a Sherlock wpadł do biblioteki na pół godziny przed ćwiczeniami z ontologii... Bez entuzjazmu pochwycił "Krytykę czystego rozumu", dopadł fragment o krytyce dowodu ontologicznego na istnienie Boga...spojrzał nieufnie...w pośpiechu wzrokiem ogarnął kilka stron gęstego niemieckiego wywodu... i oto niespodzianie Kant objawił mu się lśniącym kryształem w trzech wymiarach przestrzennych, dwóch logicznych i jednym bezczasowo genialnym...
I chociaż zakochanie minęło, a raczej z zadurzenia jednym tekstem miękko przeszło w odurzenie filozofią w ogóle, chociaż Kant okazał się wyznawcą Mitu Danych Zmysłowych, a z tymi talarami to przecież w gruncie rzeczy banał, to wszak pierwszej miłości się nie zapomina i do dziś żywi Sherlock do starego pedanta z Królewca nieogarniony sentyment.
Ale czasami, czasami przychodzą takie chwile, że cisnąłby Sherlock tego Kanta precz w kałużę.
A zwłaszcza już cisnąłby Kanta kontrowersyjną doktrynę etyczną...
***
Jak wiadomo, w Krakowie deszcz pada, deszcz pada jesienny i nie tylko na Brackiej, ale i na przystanku, gdzie na tramwaj czekał dziś długo przemarznięty i chory Sherlock. Ponieważ na świecie istnieje tylko jedna niezawodna metoda wzywania tramwaju - zapalenie nowego papierosa - wyszedł przeto Sherlock karnie spod wiaty, powlókł się przepisowe pięć metrów dalej i skulony w strumieniach zimnego deszczu-z-wiatrem oddał się swoim małym radościom.
Ledwo rozżarzył się leniwie koniuszek przemokłego peta, pochwycił Sherlock czyjeś ciężkie i przepastne spojrzenie. Podniósł przeto głowę i z niejaką melancholią stwierdził, że świdruje go pełnym wyrzutu wzrokiem typowy krakowski chybalump. (Chybalump różni się od lumpa tym, że wprawdzie płaszcz ma wyśmodruchany i cuchnący, twarz nieświeżą i zmiętą, paznokcie czarne a i fonia wiele pozostawia do życzenia, ale brak mu niektórych esencjalnie lumpowych własności, na przykład wózka, reklamówki, czapki czy też smrodu pewnego określonego rodzaju. Różnice są subtelne, o pomyłkę łatwo i od czasów studenckich pochopnie Sherlock nigdy i nikogo za lumpa nie uznaje.)
Chybalump, jako się rzekło, łypnął na Sherlocka smutno raz i drugi, ponurym spojrzeniem pożerając Sherlockowego papierosa... A wtedy Sherlock, zamiast się odwrócić, odejść lub wsiąść choćby i do niewłaściwego tramwaju, zadał sobie najgłupsze pytanie z możliwych...
..."czy chciałabym, by maksyma mojego postępowania stała się powszechnym prawem?"
No oczywiście, nie. Świat, w którym ludzie muszą moknąć bez fajki, to jest świat zły, podły i nie do przyjęcia. Czy ci, którzy akurat w papierosy opływają, nie mogą zdobyć się na drobny gest wobec mniej hojnie przez los obdarowanych? Chybalump wprawdzie szczególnego współczucia Sherlocka nie budził, ale to przecież z kantowskiego punktu widzenia tylko lepiej. Nie sentymenty winny nasze uczynki motywować, lecz czysty, wykoncypowany obowiązek.
I tak refleksją etyczną napełniony, wyciągnął Sherlock paczkę zachęcającym gestem i z promiennym uśmiechem zapytał: "Może fajkę?".
Ale zamarł promienny uśmiech na obliczu Sherlocka.
Bo chybalump łypnął nań po raz wtóry i podnosząc głos, tak by słyszeli go wszyscy na przystanku, warknął: "Nie wolno palić w miejscach publicznych."
Sherlock, takim dictum zastrzelony, odparł pokornie, że nie stoi przecież na przystanku.
"No to co - dobił go chybalump. - I tak odbiera pani wszystkim apetyt. Na śniadanie. Obiad. - Tu charknął. - I kolację."
I co? Maksyma słuszna. Obowiązek spełniony. A nikt już dziś nie ma apetytu.
A to wszystko gwoli wyjaśnienia, dlaczego od jutra, moi drodzy, Sherlock rzuca Kanta i częstuje wyłącznie znajomych, inteligentnych i wysokich brunetów.
***
Tymczasem jeszcze dziś zamiast filgloski piosenka, którą ktoś powinien był kiedyś Kantowi zaśpiewać, a może do wielu katastrof w historii namysłu etycznego nigdy by nie doszło...
Ze specjalną dedykacją dla wszystkich teoretyków moralności...
Saturday, 23 February 2008
O tym, jak wyglądałaby filozofia, gdyby narodziła się w Bieszczadach a nie w Grecji...
Trzeba powiedzieć, że organizując w Bieszczadach konferencję, Sherlock nie planował ani dokonywać gruntownych przemian w filozofii ani głębokich wglądów z cyklu "poznaj samego Sherlocka". Jakież było zatem jego zdziwienie, gdy się okazało, że w bieszczadzkich góralskich lasach przyszło mu się zmierzyć z następującą alternatywą: albo zburzyć zręby filozofii Zachodu albo porzucić myśl o przetrwaniu. Ponieważ pierwszy głęboki wgląd Sherlocka dotyczył jego upodobania do przetrwania, nie pozostało mu nic innego, jak skoncentrować się na pierwszym członie alternatywy...
...i oto, co się okazało...
Gdyby filozofia narodziła się w Bieszczadach, jej pierwszym pytaniem nie byłoby pytanie o arche, lecz pytanie o to, ile sera należy kupić na 60 osobo-dni w schronisku położonym o 4 godziny drogi od najbliższego sklepu. Odpowiedź na to kluczowe pytanie determinuje dalszy rozwój filozofii. Sherlock na przyład kupił za mało, przez co na konferencji już drugiego dnia rozpoczęła się brutalna walka o byt oraz środki produkcji kanapek. Wprawdzie marksizm to akurat naturalny owoc rozwoju myśli Zachodu, jednak było to przykre, gdy filozofia bieszczadzka osiągnęła ten etap już po dwóch dobach zamiast po dwóch tysiącach lat, a co gorsza, gdy na nim w zasadzie się już zatrzymała...
Drugim pytaniem filozofii bieszczadzkiej byłoby zapewne klasyczne pytanie o arche, jednakże to, że arche nie jest żadna tam Talesowska woda tylko wódka Biała Dama to należy koniecznie ustalić raz na zawsze już przy okazji kupowania sera, a nie po dwóch dniach debaty na górze, jak uczynił to Sherlock. W przeciwnym bowiem wypadku może dojść do kuriozalnej z punktu widzenia filozofii Zachodu sytuacji, w której arche staje się towarem deficytowym a walka o byt przybiera niezdrowy odcień metafizyczno-egzystencjalny.
Trzecie pytanie filozofii bieszczadzkiej dotyczyłoby podstawowych praw metafizyki oraz logiki. A odpowiedź stanowiłaby negację znanej Zachodowi trójcy: zasady tożsamości, niesprzeczności oraz wyłączonego środka.
Tożsamości, bo na górze nikt nie jest sobą samym. A przynajmniej Sherlock z pewnością nie jest tą osobą, która z powodu bolesnych braków zaopatrzenia w arche myszkowała po kuchni z lampką od zapalniczki w dłoni w poszukiwaniu ewentualnych zapasów arche przyniesionych na górę przez innych mieszkańców schroniska, tudzież degustowała po ciemku olej kuchenny w płonnej nadziei, że to zakonspirowana jakowaś odmiana wspomnianego podstawowego pierwiastka i pierwszej przyczyny rzeczywistości.
Niesprzeczności, bo nie jest w Bieszczadach prawdą, że ten sam przedmiot nie może posiadać a zarazem nie posiadać tej samej własności pod tym samym względem. Może. Na przykład ostatnia cudem niezeżarta kanapka może być własnością Sherlocka oraz nie być własnością Sherlocka, w zależności od tego, kto ma lepszy refleks.
Wyłączonego środka, bo zupełnie nie należy oczekiwać, że dla każdej własności albo będzie można ją przedmiotom przypisać albo nie. Na przykład, nie jest tak, że każdej butelce wina, o której Sherlock wie, że jest gdzieś w schronisku, bo osobiście ją tam w plecaku przyniósł, będzie można następnie przypisać jakąkolwiek czasoprzestrzenną lokalizację. Tymczasem braku lokalizacji też wolelibyśmy jednak nie przypisywać, bo o ile z brakiem (pv-p) jeszcze jakoś sobie radzimy, o tyle spontaniczna nieczasoprzestrzenność przedmiotów prowadziłaby do znacznych komplikacji w bieszczadzkiej ontologii.*
Ma to, naturalnie, swoje katastrofalne konsekwencje dla zasady biwalencji, która głosi, że każde zdanie jest albo prawdziwe albo fałszywe. W Bieszczadach tak autorytarny pomysł nigdy by się nie narodził, a znane filozofii Zachodu kłopoty z prawdziwością zdań o przyszłości zostałyby ucięte w zarodku.** Z tym że w filozofii bieszczadzkiej zasada biwalencji nie obowiązuje również dla zdań teraźniejszych i przeszłych. Na przykład, Sherlock do dziś nie potrafi stwierdzić, jaka była wartość logiczna zdania "O 15.45 odjeżdża z Dwernika PKS do Sanoka". Z jednej strony, o 15.45. na przystanku nie było żadnego pekaesa. Z drugiej, miejscowi twierdzili, że to jeszcze nie znaczy, że takowy w ogóle w rozkładzie nie istnieje. Istnieje, tylko czasem nie przyjeżdża. Z trzeciej strony, pięć minut później pekaes się zjawił, a kierowca stwierdził, że jest to ten sam, co o 15.45., tylko inny (pamiętacie, jak to było z Odyseją, której nie napisał Homer tylko ktoś o tym samym nazwisku?). Z czwartej, to jednak istotnie musiał być jakiś inny Homer, ponieważ pekaes dotelepał się tylko do Ustrzyk Dolnych, skąd do Sanoka należało jechać nieistniejącym poza rozkładem pekaesem o 16.50. Z piątej strony, pal sześć wartość logiczną wspomnianego zdania, skoro wartość jego praktyczna dążyła do nieskończoności, bo tak czy owak po 15.45. z Dwernika nie odjeżdżało już nic.***
Czwartym wreszcie pytaniem filozofii bieszczadzkiej nie byłoby "kimże jest człowiek?" (bo wspomniany nakaz "poznaj samego Sherlocka" miewa nieprzyjemne konsekwencje, w sytuacji gdy może się okazać, że Sherlock jest ostatnim zapyziałym mieszczuchem targanym tęsknotą za bieżącą wodą), a raczej: "kimże jest człowiek, który pójdzie po drewno i czy może się pospieszyć bo kominek przygasa".****
A piątego pytania w ogóle się już nie zadaje, bo w międzyczasie znalazło się i arche i wino i wszyscy mają o wiele lepsze rzeczy do roboty.
I kto wie, może właśnie ten ostatni świeży prąd bieszczadzkiej inspiracji wleje nowe życie w strupieszałą filozofię Zachodu?
***
*Filgloska nr 1: Byłaby to zapewne jakaś forma lokalnego idealizmu, który najlepiej podsumować można hasłem "było - nie ma, jak w ruskim cyrku".
**Filgloska nr 2: Chodzi tu, naturalnie o tzw. problem bitwy morskiej. Arystoteles zastanawiał się kiedyś czy zdanie "Jutro będzie bitwa morska" jest w związku z zasadą biwalencji prawdziwe lub fałszywe już dziś. Bo jeśli jest jakaś tajemnicza siła, która prawdziwość zdań o przyszłości już w teraźniejszości przesądza, to może można by siłę dopaść, zapytać kto bitwę wygra i zbić majątek w zawodzie nadwornego proroka.
***Filgloska nr 3: Nazwałabym takie stanowisko bieszczadzkim pragmatyzmem intuicjonistycznym.
****Filgloska nr 4: Chętnie uczyniłabym tu dygresję na temat kierunków w bieszczadzkiej filozofii praktycznej, ale niestety noszenie drewna to czynność sama w sobie zajmująca, w związku z czym niestety po powrocie z wyprawy zarówno usatysfakcjonowani "niedźwiedzim mięsem" ochotnicy, jak i nieco mniej usatysfakcjonowani uczestnicy z łapanki zamiast refleksji etycznej oddawali się polowaniu na niezeżarte kanapki (patrz obalenie zasady niesprzeczności).
Friday, 22 February 2008
O tym, jak bardzo ZŁA jest sesja...
Ach bo też sesja to studenckiego życia od dawna znana jest zakała, widomy znak działania w świecie tragicznej Ananke, Złośliwego Demona podstępny wynalazek, i jedyne takie dwa momenty w roku kiedy nawet najpogodniejsi z beztroskich analityków nie mogą wyprzeć się skojarzeń z Kierkegaardem*.
I od dawna wiadomo także, że sesji zaliczyć się praktycznie nie da.
Wprawdzie wieść gminna niesie, że przed sesją są jakieś długie miesiące na naukę, ale plotki tej żaden znany mi student nie potwierdza.** W trakcie semestru uczyć się zatem nie ma kiedy i fakt ten komentarza (z wyjątkiem tego w filglosce) nie wymaga. W trakcie sesji uczyć się nie ma kiedy nawet bardziej, bo a to po wpisy jakieś trzeba łazić, a to konspekty jakieś podonosić, których ćwiczeniowiec złośliwie odpuścić nie chce, a to kolokwia pozaliczać, a to kogoś na dyżurze odnaleźć i dopaść, a to na egzaminach wysiadywać, a to wreszcie wszystko uczciwie opić, odespać, kaca wyleczyć, jednym słowem: grafik pęka w szwach, a głowa jeszcze gorzej.
A nawet gdyby czas był (bo portfel studenta w szwach zazwyczaj nie pęka, co wprowadza pewne techniczne aktywności powyższych ograniczenia), to i tak sensu uczyć się nie ma, bo wszak wiadomo dobrze, że pytania i tak będą z tego jednego wykładu, z którego notatek nam braknie, ponieważ nie dotarli nań ani nasi kumple ani być może profesor.
I tak oto w ruch idzie straszliwa egzystencjalna loteria***, huczy zgiełk w Instytucie nerwowy, krążą po schodach upiory wychudłe i blade, zatrute oparami kserografu krzywią się oblicza, w eterze rodzi się szeptana giełda pytań i profesorskich humorów aż wreszcie padają ranione śmiertelnie pierwsze niewinne ofiary, ndst-y krwawym tuszem wsiąkają w indeksów bezduszne karty, stypendia oddalają się z szelestem w siną dal niespełnionych nadziei, w serca wgryza się kornik niepokoju przed wynikami z pisemnej logiki, a w zakładzie, gdzie filozofów przechadza się wiele, beztroska rozmowa o Michale Aniele (lub o jakości pobliskich knajp).
I każdy udręczony student, gdyby go zapytać, jakie skojarzenia z sesją ma wykładowca, jęknąłby zapewne, że z "Milczeniem owiec".
A Sherlock wie to wszystko, bo studentem też był i latami w myślach tego szczęsnego dnia czekał, kiedy nareszcie ostatnią sesję swoją z powodzeniem zakończy...
Aż się doczekał. Ale nie przyszło mu do głowy, że ćwiczeniowcy w sesji mają jeszcze gorzej...
***
To oczywiście prawda, że sesja po drugiej stronie lustra wygląda zupełnie inaczej.
Nie trzeba wbijać sobie do głowy jakichś niekompletnych notatek - trzeba je wtłoczyć w całości do głów pięćdziesięciu.
Nie trzeba zaliczać jakiegoś byle łatwego kolokwium - trzeba je sprawdzić w dwudziestu nieczytelnych egzemplarzach.
Nie trzeba pisać trzech zaległych konspektów - w skrzynce mailowej czeka już konspektów gotowych czterdzieści i cztery.
Nie trzeba nikogo po zakładach szukać - bo studenci nadciągną z północy i z południa, znajdą ćwiczeniowca przez pocztę, wychyną ze skrzynki mailowej, złapią na fajce, na kawie i na piwie w Prowincji, pytaniami zarzucą i na dyżurze do nocy zatrzymają siłą.
Nie trzeba wreszcie samodzielnie zdawać egzaminu - bo pisze się go jednocześnie w czterdziestu osobach i wiadomo, że trzeba będzie kilka razy oblać, i wystraszyć się niepotrzebnie za tych z ławki w rogu, i popełnić dwadzieścia idiotycznych błędów i przez godzinę miętolić bezradnie całą stertę kartek z brudnopisem....
No a po egzaminie nie trzeba również niczego opijać, bo w tym czasie należy przecież wszystko to posprawdzać, punkty wyliczać, doliczać i w oczach cudownie rozmnożyć, przecieki porobić, do poprawki dokształcać, triumfatorów uczcić i poległych pocieszyć.
Ale naprawdę dlaczego ćwiczeniowcom jest jeszcze w sesji gorzej to okazuje się, jak już kończy się ta cała sesyjna zabawa, a studenci rozchodzą się z ulgą na kursów cztery strony...
...a Sherlock odkrywa, że oni mieli rację z tym "Milczeniem owiec".
Bo na myśl o tym, że już swoich owieczek na zajęciach więcej nie zobaczy, czuje się, jak gdyby Lecter powolutku, łyżeczką do kawy, kąsek za kąskiem wyjadał mu wątrobę****...
***
*Filgloska nr 1: Kierkegaard to jedyny autor w historii filozofii, który tematyką sesji zajął się bezpośrednio i szczegółowo. Rada dla wszystkich, którzy sesje wszelakiego rodzaju mają wciąż przed sobą: "Bojaźń i drżenie" czytamy miesiąc przed, jeżeli jak zwykle do niczego nas to nie zmobilizuje, pozostaje nam już tylko "Albo albo" w trakcie, ale za to jak już nas uwalą, to po sesji zamiast na most idziemy do księgarni po "Chorobę na śmierć" na pocieszenie...
**Filgloska nr 2: Studentom filozofii uczyć się "systematycznie" w trakcie semestru to wręcz zgoła nie wypada, bo świadczyłoby to o ich kompletnym niezrozumieniu Hegla. Hegliści, jak wiadomo, twierdzą, że sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu, a części rozumiemy z perspektywy całości. Kto śmiałby zatem choćby próbować naruszać procesualną całość kursowych wykładów i usiłować barbarzyńsko wbijać je sobie do głowy po jednym, w oderwaniu, bez holistycznej perspektywy, ten czyniłby to ślepo, bezmyślnie, tępo, bez prawdziwego Rozumienia, bezdusznie zniewalając kursowego Ducha.
No a pamiętamy, że Hegel zawsze ma rację?
***Filgloska nr 3: Nie chodzi tu, wbrew pozorom, o jakiegoś byle Camusa, a o Platona. (Możecie potraktować to jako zagadkę i rozwinąć aluzję w komentarzach ;)
****Wątrobę a nie serce po pierwsze dlatego, że Sherlock ufa intuicjom Starożytnych w kwestii hierarchii i funkcji organów, a po drugie dlatego, że wątroba, w przeciwieństwie do serca, odrasta, co ma tu swoje symboliczne znaczenie...
Sunday, 10 February 2008
Coś do posłuchania, coś do wypicia, o metafizycznym znaczeniu Google'a i o tym, co czyni nas jednostkami myślącymi...
Żeby Wam też poprawiło - obiecuję, że stawiam butelkę dobrego wina temu, kto pierwszy zgadnie w komentarzach dlaczego!
Zastrzegam sobie prawo do zadania pytania dodatkowego, celem ustalenia, czy odgadujący
a) nie jest sztuczną inteligencją* (czytaj: bezdusznym guglarzem**)
b) nie definiuje "dobrego wina" w sposób, który wymusiłby na Sherlocku wyprzedaż dóbr ziemskich i ucieczkę na Kajmany przed wierzycielami.
W wypadku zajścia b, nagroda przechodzi na mniej wymagającego autora prawidłowej odpowiedzi;)
A podpowiedź jest taka, że wbrew pozorom, aby zagadkę zagadnąć, nie trzeba wcale znać się na humorach Sherlocka K. ;)
***
* i ** filgloska: Sherlock ceni sobie ideę "rozszerzonego umysłu", a w szczególności umysłu rozszerzonego o laptopa, a nawet: umysłu w go(o)glach. Zawsze był wręcz zadziwiony śmiałą deklaracją Kartezjusza, że podobno można istnieć bez zewnętrznej stacji dysków. Sherlock tej sztuki osobiście nie opanował.
Co więcej, ceni sobie również Sherlock niebywale koncepcję Fregego, że wszyscy mamy wspólne myśli i w przeciwieństwie do wielu nigdy nie uważał, by koncepcja ta upadła wraz ze spektakularnym upadkiem koncepcji Trzeciej Rzeszy.
Przy tym wszystkim, dręczy wszakże Sherlocka staromodne upodobanie do koncepcji Myślącego - ale jednak Indywiduum. Nie tylko dlatego, że o ile poczucie Wspólnoty Duchowej i Intelektualnej to rzecz niezwykle miła i cenna, o tyle niekoniecznie lubimy żywić takie poczucie wobec, uhm, całej ludzkości. Są takie sprawy, w których przypadku poczucie tak szeroko zakrojonej wspólnoty jest nam bodaj jeszcze bardziej nie na rękę.
I Sherlock albo będzie pił z zombie, albo będzie musiał postawić wino sześciu miliardom współ-ludzi...
Oczywiście jedyne rozsądne wyjście, to takie, by utrzymać sprytną teorię umysłu google'ami rozszerzonego, a jednocześnie wymyślić zasadę wyróżniania w umyśle owym pod-umyślików indywidualnych. Brzmi jak wyzwanie z piekła metafizyki rodem, ale kto uważnie przeczytał regulamin zagadek, ten już widzi, jak prosto da się z tym wyzwaniem uporać.
Najmniejsza samodzielna cząstka Rozszerzonego Umysłu Ludzkości to po prostu taka, która zdolna jest udowodnić, że nie jest Google'em...
A na koniec, kto zauważył tę piękną konsekwencję naszej teorii, że ostatecznie principium individuationis ludzkości jest wino, to samo wino, w którym na co dzień marynuje się prawda?
Wednesday, 6 February 2008
O tym, dlaczego pada deszcz... filozofia bardzo angielska...
Jak mawiał Sherlock H. – o czym większość czytelników Heterousii doskonale już wie – jeżeli wyeliminowało się to, co niemożliwe, cokolwiek pozostanie, jakkolwiek nieprawdopodobne, musi być prawdą.
I w związku z powyższym Sherlock K. z wielką przykrością informuje czytelników niniejszego bloga, że niestety, jak wykazały jego poniższe filozoficzne dociekania, deszcz pada, bo na chmurkach siedzą aniołki i całą ludzkość zimnym moczem olewają.
A dlaczegóż to niemożliwa jest żadna inna teoria, pytacie?
Oto dociekań rezultaty szczegółowe...
(1) Teoria naturalistyczna:
Sherlock, jako filozof z upodobania, powołania i bożej łaski, z zasady nie czuje się usatysfakcjonowany prostymi chemiczno-fizycznymi wyjaśnieniami i cała ta historia z parowaniem i skraplaniem nigdy szczególnie do niego nie przemawiała.
No ale zacznijmy od podstaw.
Jeżeli coś spada, to musi najpierw jakoś znaleźć się na górze. Więc, ponieważ nikt nigdy nie widział spontanicznie podfruwającej wody, wymyślono, że nie woda tylko para. Ale to jest dopiero mętna jakaś ad hoc hipoteza!
Para wszak to ma być woda powyżej 100 stopni - czyli ponad kąt prosty, a w Krakowie stopni jest najwyżej 5. No dobrze, przyznajmy, że u Sherlocka w akademiku stopni jest akurat co najmniej 80 (jak się idzie na najwyższe piętro), ale, po pierwsze, to i tak za mało, a po drugie, przecież to parowanie miało się odbywać w okolicach parteru. Nie, bez żartów, prawdziwa para to jest tylko w czajniku i to też tylko w tych momentach, gdy gotująca się woda wycieka z dzióbka na elektryczną podstawkę, a czajnik bulgocze i chichocze, licząc na to, że gdzieś tam jest przebicie i że z Sherlocka zaraz zostanie ostatnia paróweczka hrabiego Barry Kenta.
Wszelako jakkolwiek Sherlock wyznaje w najwyższym stopniu spiskową teorię własnego czajnika, o tyle o cały deszcz tego świata posądzić go (czajnika) nie sposób.
(2) Teoria logiczna:
Deszcz pada, bo chodnik jest mokry i NIE przejechała polewaczka – zgodziłby się każdy, kto kiedykolwiek uczył się o implikacji w języku naturalnym (a dokładniej, że nie działa ona niestety jak implikacja logiczna – tu patrz króciutka filgloska nr 1). Teoria trafna, choć można żywić wątpliwości, czy obejmuje wszystkie przypadki.
Osobiste doświadczenia Sherlocka pouczają, że deszcz czasem pada, bo z chodnikiem to wprawdzie nie widać jak jest, ale w autobusie dach przecieka.
(3) Teoria metafizyczna a (poetycka):
Deszcz pada, bo to Szekspir z chmur reżyseruje w teatrze świata spektakl – metaforę ludzkiego żywota. Zali istnienie ludzkie nie jest jako ta kropla, co ją niewinność niebios niby łzę o poranku roni, na wieczny upadek w ziejącą czeluść ziemskiej czarnej zimy, na tragiczne zatrucie nowohuckimi opary; na to, by skażona i od oparów owych ociężała wciąż tylko zniżała się i zniżała, liżąc brudne szyby krakowskich autobusów, i ze szkła zniekształcona do ścieków z potępieńczym plaskiem ściekała, a wszystko to krócej trwa niż jedno drgnienie powieki krokodyla...
Byłoby niezłe, gdyby nie to, że Szekspir ani spektakularnie płodny nie był ani się tak obsesyjnie nie powtarzał, tymczasem deszcze w naszej strefie klimatycznej to gorzej jak powieści Kraszewskiego...
(4) Teoria metafizyczna b (prozatorska):
Deszcz pada tedy, bo – i tu druga filozoficzna filgloska się szykuje – tak mówi Hegel. Hegel, jak wiadomo, zawsze ma rację i, jak również wiadomo, nie ma takich rzeczy, których teoria heglowska nie obejmuje. Więc nawet jeśli eksplicytnie o padaniu deszczu się Hegel nigdzie nie wypowiedział (lepiej poinformowanych heglistów uprzejmie uprasza się o stosowną filgloskę bibliograficzną w komentarzach!), to z pewnością jakowyś etap uświadamiania sobie przez Ducha jego własnej wolności domaga się tezy deszczu wraz z antytezą parasola i syntezą przemokniętych kaloszy.
Filgloska nr 2 nie zjawi się gdzieś tam niżej, tak by ją można było łatwo ominąć, tylko tu, bowiem niezbędna jest w kontrargumentacji. Otóż, jak powszechnie wiadomo, Hegel tak dalece zawsze miał rację, że jeśli fakty przeczyły jego teorii, to kończyły marnie. Ponieważ w poprzednim zdaniu mamy tylko implikację – patrz filgloska 1 raz jeszcze - to możemy stąd wnosić, że gdyby fakt deszczu nie kończył marnie, to by teorii nie przeczył. Tylko że oczywiście każdy deszcz marnie kończy, a to gdzieś wsiąka, a to we wspomnianym ścieku, a to się topi w kałuży, więc i następnik implikacji wcale pewny nie jest.
No a jeżeli nawet Hegel pewności co do deszczu nam nie daje, to sytuacja nasza jest zaiste niewesoła i jeszcze trochę, a przez to całe padanie popadniemy w końcu w hydroneomarksizm**.
(5) I na koniec, teoria antropiczno-antropologiczna:
Deszcz to jest broń biologiczna przeciwko palaczom.
Bo, pomyślcie tylko, kto cierpi na deszczu najbardziej? Kto moknie pod Instytutem na dwudziestej fajce? Kto nie może się schronić na przystanku pod wiatę? Kto o północy sunie przez kałuże, by zdobyć poranny niezbędnik do kawy? A kto patrzy na to wszystko ze złośliwym uśmieszkiem, kto chrząka z moralną wyższością, kto podstępnie wznosi nad nami przeciekający parasol, kalkulując w myślach ileż więcej ofiar niż banalny rak płuc pochłoną złożone powikłania po grypie?
Wyjaśnienie to ma, jak łatwo zaobserwować tylko tę jedną drobną wadę, że nie odpowiada na pytanie, jak ONI to właściwie robią.
***
*Króciutka filgloska nr1: Prawdziwa implikacja to nie jest, jak w języku potocznym, równoważność. Z tego, że jeśli deszcz pada, to chodnik jest mokry nie wynika, że jeśli deszcz nie pada, to chodnik mokry nie jest. Bo – i zna ten przykład każdy student filozofii – przecież chodnikiem mogła przejechać polewaczka! Wynika natomiast - podobno - logicznie, że jeśli chodnik nie jest mokry, to deszcz nie pada.
Ale, zauważmy, w oczywisty sposób i to nie jest prawdą, bo przecież może się zdarzyć, że deszcz sobie będzie padać, a tłum niewidzialnych krasnoludków szybciutko całą tę wodę z chodnika zetrze, i to zanim zdążymy powiedzieć jeśli pe to ku.
**Filgloska nr 3: Hydroneomarksizm jest to stanowisko synkretyczne, łączące w sobie pogląd, że byt określa świadomość oraz pogląd, iż deszcz określa byt (co stanowi, rzecz jasna, głębokie echo presokratejskiej idei, że arche świata jest woda).
Thursday, 31 January 2008
Farbenlehre
Dziś na przykład Sherlock odkrył, co oznacza zwrot "wyjść w praniu".
Otóż w praniu wyszło mu, że żółty i niebieski naprawdę dają zielony i że nie jest to ładny kolor na prześcieradło.
***
Glossa Filozoficzna:
Morał Platona jest taki, że spoko, no cóż, prześcieradło jest teraz jedynie jeszcze nędzniejszym cieniem Prześcieradła Idei.
Morał Kartezjusza jest taki, że spoko, to najlepszy powód, żeby w ogóle w żadne prześcieradła nie wierzyć.
Morał Berkeleya jest taki, że spoko, tylko ja i Bóg tę żenadę widzimy (a pamiętajmy, że i "ja" i "Bóg" to jedne z tych bardziej wątpliwych pojęć filozofów)...
Morał Lewisa jest taki, że spoko, to prześcieradło ma wszak tyle urodziwych możliwych odpowiedników (choć zauważmy przy tym, że taki świat możliwy, w którym na przykład jest ono żółte jak wprzódy, bo Sherlock prać umie, to musi być bardzo daleko)...
Morał Sellarsa jest taki, że spoko, ten cały "zielony" to Mit (Danych Zmysłowych).
***
A morał Sherlocka jest taki, że jakąś mityczną barwą nieistniejącego możliwego cienia prześcieradła, którego i tak nikt nie ogląda to chyba rzeczywiście nie ma sensu się przejmować.
