Showing posts with label Filozofia Uczy Jak Nie Żyć. Show all posts
Showing posts with label Filozofia Uczy Jak Nie Żyć. Show all posts

Saturday, 18 September 2010

O tym, jak się nie przeprowadzać, zwłaszcza z Kartezjuszem... część pierwsza i prawdopodobnie ostatnia.

Jak powiedziałaby Rodzina Sherlocka, ten - przyznajmy, zaniedbywany na rzecz Sherlockistycznego pieszczoszka - blog nie jest tu dla przyjemności. Ani Sherlocka ani jego Czytelników. Ma on w pierwszym rzędzie, jak Czytelnicy być może pamiętają, służyć nauce i oświeceniu, a zwłaszcza odpowiedzi na pytanie "jak nie żyć?", udzielanej na gruncie filozofii oraz przesyconych nią doświadczeń Sherlocka osobistych. Kwalifikacje Sherlocka do prowadzenia takich dydaktycznych rozważań wzrosły bez porównania, odkąd związał się z wspominaną tu już kiedyś Ukochaną Osobą, która, naturalnie, sama od początku mogła się pochwalić własnym bagażem* filozoficznych doświadczeń. (Porównując owe bagaże Sherlock zaczął się nawet zastanawiać, czy już sam pomysł związku filozofki z filozofem nie powinien zasługiwać na uhonorowanie a conto przez kapitułę Nagród Darwina).
A jednak dopiero doświadczenie wspólnej z Ukochaną Osobą przeprowadzki skłoniło Sherlocka, by  dać Czytelnikom pierwszy malutki posmak tego nowego, zdwojonego bogactwa.

Jako że nic nie należy czynić bez porządku i metody (jak mawiał, o tak, tak właśnie, Sherlock Holmes), tak i Sherlock sięgnął po instrukcje do autora najsłynniejszych tego rodzaju przykazań.


Pierwszym było nie przyjmować nigdy żadnej rzeczy za prawdziwą, zanim jej nie poznam z całą oczywistością jako takiej: to znaczy unikać starannie pośpiechu i uprzedzeń i nie obejmować swoim sądem niczego poza tym, co się przedstawi memu umysłowi tak jasno i wyraźnie, iż nie miałbym żadnego powodu podania tego w wątpliwość.


Zaczęliśmy od starannego unikania pośpiechu, bo pewne uprzedzenia, na przykład "Na pewno będzie padać!" nie są do uniknięcia. Bez pośpiechu przeto (bo do 20 jeszcze caaaaały tydzień) jęliśmy pracować nad osiągnięciem umysłowej jasności i wyraźności co do zagadnienia, bowiem bez niej nie warto zerkać nawet w stronę kolejnych punktów metody.

Po pierwsze zatem, żaden filozof nie zabiera się do roboty, zanim nie ustali podstawowych przynajmniej definicji. Jest to po części przystosowanie o charakterze ewolucyjnym - około 98 procent dyskusji z innymi filozofami polega na radzeniu sobie z podstępnymi, ze złej woli zadawanymi i z gruntu absurdalnymi pytaniami w rodzaju "ale co właściwie rozumiesz przez absolutyzację inherentnej transfiguratywności symulakru"?!. Nie chcieliśmy się obudzić gdzieś z rękami w kartonach, dźgnięci w plecy partyjską strzałą pytania o to, co właściwie przez to rozumiemy.

Już pierwsze chwile pracy nad definicją pchnęły nas na nowe tory. "Przeprowadzkę uznajemy za udaną wtedy, gdy..."...
Zaraz, "udaną"? Przecież to tyle, co "fortunną", jak w teorii performatywnych aktów mowy? Sama  myśl o skonstruowaniu performatywnej teorii przeprowadzki wzbudziła w nas zrozumiały entuzjazm, co trzeba wyjaśnić z pomocą filgloski, wyjątkowo włączonej w tekst główny posta.
Otóż performatywne teorie różnych rzeczy to na ogół takie teorie, które głoszą, że jak się te rzeczy w odpowiednich okolicznościach powie, to wtedy nie tylko coś się powie, ale i coś się w świecie wydarzy.  Trzeba tylko powiedzieć to bardzo uroczyście, najlepiej z dodatkiem "Niniejszym", który znaczy mniej więcej tyle co suma "Teraz!" i "Howgh!". Typowymi przykładami są ślub i przeprosiny ("Niniejszym biorę sobie ciebie za żonę i niniejszym z góry przepraszam") oraz "Ja myślę ja istnieję, Howgh!".


Drugim - podzielić każde z rozpatrywanych zagadnień na tyle cząstek, na ile się da i ile będzie tego wymagać lepsze rozwiązanie.

To herkulesowe zadanie wymagało szczególnej subtelności w Platońskiej sztuce dialogu. Nie raz więc i nie dwa zasiadał Sherlock z Osobą w kuchni, by w skupieniu rozważać podziały, czastki i rozwiązania.
 - Książki możemy zapakować do kartonów a ciuchy do worków - mówił Sherlock.
 - Tak... - głos Ukochanej Osoby dobywał się z trudnością ze studni Jej zadumy. - Możemy książki do kartonów.
 - A tych worków przecież można dowolnie dużo mieć. Oddzielnie letnie, oddzielnie zimowe.
 - Tak... Oddzielnie...
 - Książek nie można za dużo do jednego kartonu, bo nie da się unieść potem.
 - Ale nie mamy kartonów.
 - Worków też nie.
 - Hm.
 - A jak Ci idzie z tym Kantem?
<...>
 - Musimy ustalić plan działania - zagajała nagle Ukochana Osoba, przygnieciona odpowiedzialnością.
 - Strategię! - dopowiadał Sherlock z równym przejęciem.
 - Myślę - nadmieniała Osoba tonem kogoś, kto sprawę poddał rozwadze - że trzeba będzie zamówić taksówkę bagażową.
 - ...o tak! - zgadzał się po chwili krytycznego namysłu nad opcją rower-przyczepka-i tak dziesięć kursów Sherlock.
 - To ja zrobię kawy.
<...>

Trzecim - prowadzić myśli po porządku, zaczynając od przedmiotów najprostszych i najłatwiejszych do poznania, aby następnie wznosić się pomału, jak gdyby po stopniach, aż do poznania bardziej złożonych; należy się przy tym domniemywać prawidłowych związków nawet między tymi, które nie tworzą naturalnego szeregu.


 - No to trzeba będzie zacząć już pakować te książki, żeby potem nie było na wariata, jeszcze tylko trzy dni - sugerowała rozsądnie Ukochana Osoba.
 - To idziemy do sklepu - bohatersko oświadczał Sherlock.
 - Po kartony.
 - I worki, tylko takie grubsze.
 - Taak.
 - Tylko ja nie wiem, czy oni mają kartony.
 - Może mają?
 - Ale może nie mają.
 - Czekaj, jak to było z możliwościami w tym aktualizmie Plantingi, co mówiłaś wczoraj?
 - (...) (...) (...) czyli rozumiesz, jeśli przyjmujemy takie esencjalistyczne założenia, to Plantinga każe  nasze niedoszłe możliwe kartony rozumieć w kategoriach esencji nieegzemplifikowanych!
 - No NIE!


Ostatnim - czynić wszędzie wyszczególnienia tak dokładne i przeglądy tak ogólne, abym był pewny, iż nic nie opuściłem.


 - Zacznijmy od początku. W tym pokoju jest może ze 120 książek... - zaczęła od początku Ukochana Osoba.
 - Jeszcze moja półka z Sherloczkami! - dodał nieco urażony Sherlock.
 - To sporo kartonów nie mamy.
 - Sporo - podkreślił Sh. z pewnym entuzjazmem.

Przecież fajnie mieć tyle książek.

I tym optymistycznym akcentem "niniejszym przeprowadzka" pary filozofów chwilowo się zakończyła. Gdyby kiedyś jeszcze doszło do dalszych interesujących etapów, niezwłocznie Sherlock Czytelników zawiadomi.
Wprawdzie podobno ktoś się ma do mieszkania Sherlocka niniejszym dwudziestego wprowadzić, ale ma w tej sprawie Sh pewne wątpliwości. No bo jak ktoś się tu ma wprowadzić, skoro wszędzie leży pełno jego, Sh, i UO gratów? Sh rozważał, co prawda, żeby z uprzejmości załadować parę książek do kartonów i zrobić miejsce na regale, ale to by oznaczało, że powinien po te kartony pójść. A czy jak się tak wyprowadzi zdanie o powinnościach ze zdań o faktach to nie ma potem z tego kłopotów?

Już bezpieczniej będzie powiedzieć przybyłym nowym lokatorkom, że niniejszym przeprowadzka, że fortunna, zali wżdy rzeczy przewiezione i że nas tu wcale nie ma, Teraz! Howgh!
Może się przestraszą i uciekną.

---
*"bagaż" należy tu rozumieć zupełnie dosłownie, jako coś bardzo ciężkiego, co przyprawia może częściej o ból głowy niż pleców, a od czasu do czasu zamienia się w Bagaż Pratchetta, dostaje setki małych nóżek i wszystkimi tymi nóżkami kopas nas w dupas.

Wednesday, 3 February 2010

O tym, jak być szczęśliwym i czy da się bez misia?

Ze specjalną dedykacją dla uczestników Warsztatów Heglowskich...

"Nie chcesz futrzaka na posadzkę???" - zapytał z wyrzutem właściciel Sherlocka**. - "Ja to mam białego niedźwiedzia takiego, przed kominkiem leży i jak tak misio, kominek, winko jakieś i ukochana osoba - mryg mryg - to wtedy dopiero jestem szczęśliwy. Dałbym wam tego futrzaka, to byście sobie mogli wyobrazić, że kominek też jest!". - Tu zerknął właściciel pytająco na Ukochaną Osobę Sherlocka, w poszukiwaniu wsparcia w argumentacji. Sherlock podążył za jego wzrokiem z pewnym niepokojem, ale Osoba, nawet jeśli żywiła jakieś mroczne względem niedźwiedzia pożądanie, to chwilowo nie wydawała się zdolna do jakichkolwiek wypowiedzi. Sherlock zaripostował zatem błyskawicznie, że on osobiście daje radę bez misia, winka i wyobrażonego kominka, nie potrafi natomiast szczęścia odnaleźć bez tej pralki, co nam ją obiecywałeś już dwa tygodnie temu, [mryg mryg], prawda? - i tą pralką zamknął właścicielowi usta odsyłając zarazem widmo misia na bezpieczną odległość.
Do czasu.
Miś zakontratakował, jak to mają niedźwiedzie w zwyczaju, znienacka***.

<dwa dni później>

Dalsze wypadki domagają się pewnej dygresji o charakterze metateoretycznym. (A może metablogowym. Autometatematycznym?) Otóż Sherlock od dawna zazdrościł serdecznie wszystkim autorom, którzy potrafią pisać o kacu, dowcipne wymyślając typologie i metafory ze stąpaniem białego ptactwa morskiego**** układając. Sherlock, niestety, musi stwierdzić, że gdy na kaca akurat nie cierpi, to ostatnią rzeczą, którą ośmieliłby się ryzykować byłoby wypisywanie czegokolwiek na temat Wielkiego Nieobecnego, bo a nuż kac uznałby to za wywołanie go z lasu i ni z tego ni z owego pojawiłby się, by dodać Sherlockowi inspiracji? Natomiast gdy inspiracji żywej, kolczastym imadłem na czaszce się zaciskającej, ma Sherlock pod dostatkiem, to i ochota na wędrówkę przez nieskończone pustynie pokoju, by następnie w oślepiającym blasku monitora wykuwać w klawiaturze dudniącymi młotami jakieś dowcipne notki jest zdecydowanie mniejsza niż ochota żeby po prostu opaść na poduszki i umrzeć lub doczekać, aż ktoś przyniesie Sherlockowi piwo, whichever comes first. Z tego też powodu nigdy nie wyszedł Sherlock poza prostacką nieco kaca typologię: "ooooszkurwa, piwaaa"/"ooooszkurwa, za późno"/"oooo."*****.
Szczególnie zazdrości zaś Sherlock bardziej kreatywnie do tematu podchodzącym autorom tego, że mogą oni dać upust swoim emocjom, gdy przydarzy im się kac oryginalny, konwencję białych mew łamiący.

Bo - i na tym dygresję zakończmy - takiż to właśnie kac spotkał Sherlocka ostatnio, gdy zdarzyło mu się umówić z Członkinią swojej niezastąpionej Rodziny. Jako że Członkini musiała wcześnie wrócić do domu celem rejestracji, Sherlocka zaś czekał wyjątkowo trudny i długi dzień, umówienie obejmowało "jedno piwo"****** po południu. Jedno piwo skończyło się bohatersko zaledwie na dwóch, w nagrodę Sherlock wpadł jeszcze do Członkini pomóc jej przy tym USOSie, a wiadomo, jak to jest: w USOSie czasu się nie liczy, żeby się nie wkurwiać i tak od rejestracji do rejestracji, cytrynówka, wiśniówka, grzaneczki z krakowską suchą, pracowicie mijała Rodzinna noc. Wrócił tedy Sherloczek od Członkini dość już nisko nad ranem, ze zmęczenia z najwyższym trudem po krętej ulicy Królewskiej manewrując. I nawet nie podejrzewał, co czeka go nazajutrz.

Czekało go zaś przebudzenie przez bardzo dobitną świadomość, że jednak nie należy obżerać się po nocy grzankami. To, moi Drodzy, szkodzi. Bardzo. Jak wyjaśnia dygresja, samego kaca Sherlock opisywać się nie podejmie, najbardziej interesujące było wszelako kaca towarzystwo. Otóż przyplątał się kac do Sherlocka nie razem ze stadem standardowych myszek czy różowych słoni, a w towarzystwie Białego Misia.
Nieszczęśliwego białego misia. Który, dodajmy dla ścisłości, miał w oczach tylko szare łzy.
Miś dzwonił Sherlockowi w uszach i cisnął się na usta. Wola, by zaśpiewać o jego niedoli opętała skacowaną duszę Sherlocka i tylko fakt, że do godziny, o której miał podjąć Sherlock Ważne Obowiązki pozostało niepokojąco mało czasu, powstrzymał jej artystyczną ekspresję.
Z Misiem pod ręką udał się zatem Sherlock wypełniać Obowiązki, a na miejscu z pewną zgrozą odkrył, że czeka go kilka godzin dość bezczynnego pobytu w sali wyposażonej w mikrofon oraz imponującą publiczność. Ilekroć przechodził Sherlock obok mikrofonu, resztkami sił zduszając w gardle strofy pieśni o niechcianym misiu, tylekroć przypominał sobie swoje twarde słowa. Nie, miś nie jest mi do szczęścia potrzebny... niech leży tam... samotny... nie, nie spojrzę, nie przypomni, nie przypomni... nie zaśpiewam, nie, NIE, NIEEEEEE...
Uratował Sherlocka fakt, że po okresie bezczynności przyszła pora na sześć godzin liczenia, sprawdzania, przekładania i przeliczania raz jeszcze z wpisem do bardzo małej migoczącej tabelki w Excelu a takie coś na kacu, przyznacie, bardziej niż do śpiewu skłania nas do natychmiastowego telefonu do rodziców z mordą: jak mogliście mnie począć i wydać na to pastwisko losu/padół goryczy?! Miś sobie poszedł, a Sherlock, już po wszystkim, poczołgał się do tramwaju, obojętny na losy wszystkich niedźwiedzi tego świata, choćby w oczach miały z żalu krew torturowanych przedstawicieli plemienia Na'vi.
Chwiejnym krokiem przekroczył próg domu i położył się w płaszczu na podłodze, pewien, że już nic gorszego tego dnia go nie spotka, zwłaszcza zaś ze strony Misia.

Mylił się.
Bo to był właśnie ten moment, gdy Ukochana jego Osoba, z której bohatersko zaciśniętych warg aż do owej chwili nie wydarło się nawet westchnienie skargi na bezduszną decyzję Sherlocka, w końcu dała upust tłamszonej tęsknocie.
"Hej dziewczyno...o-o... spójrz na misia...a-a..." - zanuciła rzewnie i Sherlockowi doprawdy nie pozostało nic innego, jak po odśpiewaniu pieśni do końca wykasować sobie numer właściciela z telefonu, żeby przypadkiem nie zadzwonić do niego z błaganiem o tego futrzaka na posadzkę.

Rany, no, ale w końcu na cholerę mu pralka... bez misia...

---
*filgloska nr 1: Hegiel był to znany bieszczadzki filozof (znany zwłaszcza kaowcowi w sanatoryjnym lokalu gastronomicznym wysokiej klasy Dedal i szczególnie podczas wieczorków zapoznawczych dla kuracjuszy, które polegają na zapoznawaniu kuracjuszy z uczestnikami Warsztatów Heglowskich). Jego Bieszczadzki Duch (genius loci), zaklęty w butelki pod skróconym tytułem Genius, wciąż sprzedawany jest w okolicznych sklepach w korzystnej cenie 8 złotych. Hegiel ustalił, między innymi, skąd bierze się treść doświadczenia percepcyjnego - patrz filgloska nr 2

**Właściciel mieszkania, w którym Sherlock mieszka - mimo wszelkich podobieństw do jamnika wciąż się Sherlock własnego właściciela nie dorobił.

***filgloska nr 2: Jak się wydaje, filozofowie dotąd nieco zbyt wiele uwagi poświęcali sprawom podstawowym: czy byt istnieje? jak byt istnieje? dlaczego istnieje raczej byt niż niebyt/nicość/odbyt/ku-byt? etc., a gdy już ustalili, że istnieje i że mniej więcej podobny jest do tego, co się danemu autorowi jawiło jako szczególnie doskonałe (kula, Bóg, flaszka zimnej Finlandii o smaku limonki), osiadali na laurach i mało kto doprawdy zadał sobie kluczowe zdaniem Sherlocka pytanie: GDZIE istnieje byt? Nie chodzi tu Sherlockowi o "gdzie" dekadencko fylozoficznie przerafinowane (na które odpowiedzią jest "w myśli", "w pojęciu" lub "no, tam, yyy, na zewnątrz"), a raczej o "gdzie" dosłowne jak dworzec kolejowy, Małkinia, Tłuszcz i Koluszki. O to "gdzie", które następnie może nam wyjaśnić wszystkie filozofii dramatyczne "dokąd" i "skąd" -"unde malum?", "skąd biorą się dane zmysłowe?" "dokąd tupta nocą jeż?" "A skąd ja mam to wiedzieć?!" Otóż właśnie w Bieszczadach ustalono dzięki pracowitej lekturze Hegla, że podobnie jak wspomniany atak białego niedźwiedzia, Pojęcie, drzewo na drodze zmęczonych uczestników wracających do domków przez las, zło, nagły brak Geniusa, także i treść doświadczenia percepcyjnego przychodzi zazwyczaj znienacka - i to w Nienacku należy zatem upatrywać głównego ośrodka bytu we wszechbycie.

****Sherlock celowo unika dosłownego przywołania wszystkim znanego tytułu, a to z powodu indeksowania google. Otóż nie chciałby, by do "przygód Sherlocka K." przyprowadziły gugle rzesze Czytelników pytających o "tupot białych mew". Ups.

*****Tu Sherlock po raz kolejny składa hołd autorowi jednej z ważniejszych maksym, jakie zna, a prywatnie - przypadkiem, naturalnie - również uczestnikowi Warsztatów Heglowskich, który pouczył go niegdyś, by postępował zawsze tak, aby nie dopuścić do sytuacji, w której kac wyprzedza klina.

****** "Jedno piwo" jest to błąd o charakterze gramatycznym, ponieważ piwo, wbrew pozorom, nie jest rzeczownikiem do końca policzalnym. To jest, można przy barze policzyć osoby, które piwo chcą i zgłosić następnie życzenie: "cztery, nie, yy, pięć... znaczy... wszyscy prosimy piwo". Można też liczyć piwa, które się wypija, ale wtedy piwo też nie jest "jedno", tylko ewentualnie pierwsze, drugie, trzecie, czwarte... yy, chyba piąte... no, w każdym razie troszkę już wypiliśmy... dalej to jakby mniej pamiętam...um, sorry, ale jak ty masz na imię?... a ja?...etc.
Można wreszcie liczyć NA piwo, ale wtedy to już na pewno nie na "jedno".

Friday, 29 January 2010

O tym, jak nie tłumaczyć, porady praktyczne, odcinek 1: przygotowania.

"Gdzie są moje torturki?!" - zapytał dziś Sherlock i błyskawicznie sformułował pierwszą poradę dla każdego tłumacza: nigdy nie zgubić jedynego egzemplarza oryginału. Torturki niestety rychło znalazły się w kuchni, niezręcznie upchnięte przez Sherlocka pod stertą pilniejszych spraw (książka o kryzysie, kubek po śmietanie, Wysokie Obcasy, czterodniowa sałatka, Lacan, krytyczne wydanie Sherlocków tom II, niezidentyfikowany obiekt zawierający kryształki oraz pozłacane sreberko, a także Wprost z zeszłego roku), co mocno zaniepokoiło Sherlocka, bowiem oznaczało, że być może będzie musiał się do tego tłumaczenia zabrać jeszcze dzisiaj.

Trzeba zaznaczyć, że "torturki" to nie jest pieszczotliwa aluzja do faktu, że do aktywności przyjemniejszych od tłumaczenia książek zalicza Sherlock kanałowe leczenie zębów wiertarką oraz depilację okolic intymnych przy pomocy biwakowego palnika na gaz (jedno i drugie robi przynajmniej fajne bzium!). "Pieszczotliwy" to jeden z tych przymiotników, który od zwrotów takich jak "przekładać książki" powinien stać w odległości co najmniej dwóch akapitów (por. "przyjemność" i "polska reprezentacja"). "Torturki" natomiast jest to szydercze zdrobnienie tytułu publikacji, którą już niebawem pozna świat po polsku jako "Historię tortur", Sherlocka najnowsza udręki przyczyna.

Jako się rzekło, znalazł Sherlock wyżej wzmiankowany obiekt, otworzył w miejscu, gdzie ostatnio skończył i rutynowe poczynił do pracy przygotowania.
Kawa, papieros, zaraz zaraz, może jeszcze zje sobie Sherlock obiad, papieros po obiedzie, kawa, drugi papieros, o, czekolada, w sam raz na deserek, papieros, zaraz, kawa się skończyła, Wysokie Obcasy w oczekiwaniu na zagotowanie się wody, rany, ale artykuł o muzeum Stalina, niesamowite, tylko co tu tak śmierdzi, papieros w oczekiwaniu na wywietrzenie się pomieszczenia po usunięciu spalonego czajnika, papieros w oczekiwaniu na zagotowanie się wody w drugim czajniku, to może przynajmniej tej kawy na spokojnie się napiję, jak człowiek, telefon, no, nie, niestety, dziś nie dam rady, nie odchodzę od komputera, papieros na ukojenie nerwów, że znowu zakłócili Sherloczkowi koncentrację - i już był zwarty i gotowy do pracy.

Już na tym etapie napotkał na pierwsze trudności, z którymi jako tłumacz mierzy się na co dzień.
Tu Sherlock prosi Czytelników o uwagę, bowiem zaczyna się część notki praktyczna i pojawią się obiecane porady.

Z ŻYCIA TŁUMACZA - CODZIENNE TRUDNOŚCI I JAK SOBIE Z NIMI RADZIĆ
ODCINEK I: PRZYGOTOWANIA

Po pierwsze zatem, nikogo nie było na skajpie.

(1) BRAK ROZMÓWCÓW NA KOMUNIKATORACH

Charakterystyka problemu:
Brakiem rozmówców nazywamy nie tylko taką sytuacje, gdy nie możemy zaczepić nawet koleżanki byłej znajomej kuzyna tego takiego faceta, zaraz, Wojtka?, chyba z naszego roku, którą przyjęliśmy do friendsów na fejsbuku po czwartym piwie, żeby mieć kogo spamować aplikacjami. Brak rozmówców jest terminem ściśle technicznym, oznaczającym brak konieczności/możliwości odpowiadania na wiadomości częściej niż raz na trzy minuty, ponieważ dopiero poniżej tej miary nie opłaca się przełączać na okno z plikiem i nie ma pokusy, by w przerwie między wymianą zdań coś przetłumaczyć.

Rozwiązanie:
Sherlock K. wielokrotnie próbował przeskoczyć ten problem (narastający zwłaszcza w godzinach, gdy normalni ludzie rzeczywiście pracują oraz między 2.30 a 7.00 rano) stosując technikę monologu zewnętrznego (kierowanego do określonej osoby z myślą o tym, jak się ucieszy rano, gdy włączy skajpa i dostanie 327 nowych wiadomości). Należy przy tym pamiętać, by monologować miarowo (pamiętamy: odstęp między wiadomością a wiadomością nie może przekroczyć trzech minut). W przypadkach skrajnych można uciec się do dzielenia zdania na pół lub dla wydłużenia odstępu zamiast do pliku zajrzeć na fejsbuka.

Niestety, dziś akurat na fejsbuku też nic się nie działo.

(2) NA FEJSBUKU NIC SIĘ NIE DZIEJE

Charakterystyka problemu:
W prawym dolnym biało, zero powiadomień. W Inboksie nie ma nawet spamu od grupy na rzecz niewycinania drzew w jakimś mieście, w którym kiedyś mieszkaliśmy, ale nie pamiętamy kiedy. W statusach znajomych jadłospis z kolacji oraz refleksje na temat imprez, na które owi znajomi właśnie - w przeciwieństwie do nas - się wybierają, a tak oburzającego marnotrawstwa czasu nie będziemy przecież zaszczycać nawet komentarzem. Widać nie każdy musi pracować tak ciężko jak my, no cóż. O, koleżanka po raz dwudziesty zamieszcza link do piosenki, której nie znosimy. Crazy Taxi się zacina, Mario w ogóle nie włącza. W Tetrisa nie chcemy, bo zaczęliśmy już śnić po nocach, jak grzebią nas żywcem nieobrócone w porę tetriminia. W skrócie: piekło.

Rozwiązanie:
Przede wszystkim nie wpadajmy w panikę. Sytuacja jest trudna i bolesna, to prawda, sprawa z fejsbukiem trochę nami wstrząsnęła i z pewnością w tym stanie nie zdołamy pracować nad trudnym przekładem, ale spróbujmy skoncentrować się chociaż na poprawieniu sobie nastroju. Siedzimy przed komputerem już od dobrej godziny i należy koniecznie dać odpocząć oczom. Idealnym rozwiązaniem będzie zajęcie naszej zestresowanej uwagi partnerem/współlokatorem, a jeśli on/ona niestety również zajęci są ciężką pracą nad jakimś tłumaczeniem, to przynajmniej psem/kotem/żółwiem/rybką akwariową/rośliną doniczkową, którą podlaliśmy ostatnio nieświeżą kawą z mlekiem i jesteśmy ciekawi, jaka pleśń na tym wyrośnie.

(Nie zapomnijmy sprawdzić, może ktoś się w międzyczasie na tym czacie do cholery pojawił; nasze oczy nie są w końcu na tyle zmęczone, żeby odmawiać bliskim kilku chwil rozmowy.)

Tym spośród Czytelników, którzy nie mają w domu żadnych żywych istot radzi Sherlock, żeby po prostu tyle nie sprzątali. Po pierwsze, w ten sposób oszczędza się czas, którego potrzebujemy przecież na pracę nad tłumaczniami, a po drugie, człowiek przestaje być taki samotny. Życie czeka na nas wszędzie; Sherlock K. tygodniami cierpliwie nie szorował kiedyś zlewu i wyrosła mu tam w nagrodę prześliczna roślinka.
Trudno jednak wymagać, by zestresowany tłumacz, który pragnie choć na chwilę oderwać się od presji obowiązków, cierpliwie czekał na pojawienie się w domu pierwszych karaluchów. W tej sytuacji Sherlock proponuje namysł: czy przekład nie idzie nam opornie, bo nękają nas inne jakieś, pilniejsze zadania, które koniecznie powinniśmy zakończyć zanim będziemy mogli zacząć tłumaczyć ze spokojną głową? Niestety, bywa i tak, że...

(3) ...NIE, NIE MA NIC OD TEJ CHOLERNEJ KSIĄŻKI PILNIEJSZEGO

Charakterystyka problemu:
Chociaż przeważnie prędko okazuje się, że przyczyną naszego stresu i rozkojarzenia jest zaległy list do kolegi w sprawie zebrania kółka wędkarskiego za miesiąc, zdarzają się i takie rozpaczliwe sytuacje, że wprawdzie innych zobowiązań znaleźlibyśmy z łatwością całą długą listę, to jednak tylko przekroczenie dedlajnu na przekład grozi nam hańbą, wstydem, awanturą, a zwłaszcza karą umowną w wysokości 0,5% za każdy dzień zwłoki, co po dniach 200 naprawdę zaczyna być kosztowne...

Rozwiązanie:

(No nie, ale poważnie wciąż nikogo nie ma na skajpie?! A wysondowaliśmy już, czy ci, którzy mają ikonkę niepodłączony nie są w istocie tylko pochowani i zbyt nieśmiali, żeby nas zaczepić?)

Czy domyślacie się już, drodzy Czytelnicy, w jakich okolicznościach pisuje Sherloczek nowe notki na blogu? Tak, to Wy jesteście Sherlockowi K. ucieczką i schronieniem, gdy wszyscy go opuszczą. To Wy, choćbyście o Sherlocku H. nic nie chcieli czytać, dostarczacie mu inspiracji i pomocnego oka. To pod Waszą wreszcie obronę ucieka się Sherlock K. przed torturkami.
Problem jest tylko wtedy, gdy

(4) ...NOTKĘ NA BLOGA JUŻ SIĘ NAPISAŁO

I rozumiecie, czemu założyć musiał Sherlock misyjnego bloga, na który już dziś koniecznie przygotować musi recenzję z pewnego filmu...

Thursday, 28 January 2010

Wybór Sherlocka i co teraz będzie...

Po pierwsze, to będzie od dziś na niebiesko, bo na ruziowo to byłaby jednak przesada (Sherlock przeprowadził eksperyment naoczny i skoro on tego nie wytrzymał, to nikt poza nim tym bardziej nie dałby rady). Po drugie, w ogóle coś jeszcze będzie, a przyznajcie, że już prawie uwierzyliście, że nie będzie. Sherlock w każdym razie wierzył... Po trzecie, i w to to z kolei nie uwierzycie, nie będzie już o Sherlocku H. Mało tego, Sherlock H. zostanie nawet częściowo wymazany z historii blogu, być może łącznie z notkami o Basilu i Jeremym, które prawdopodobnie brutalnie Sherlock wytnie stąd całkiem. Czy pozwolicie zatem Sherlockowi K. na ostatni, pożegnalny o Sherlocku H. akapit?
Związek Sherlocka K. z Sherlockiem H., odkąd ujawniony został na blogu i pod pręgierzem opinii publicznej postawiony, coraz to tragiczniejsze przechodził koleje. Pojawiały się, naturalnie, i życzliwe głosy - i za każde ciepłe słowo padłe z ust (?) tych głosów dziękuje Sherlock serdecznie, były one jak świetliki w mrocznym jarze nietolerancji i wzgardy. Jednak przyjazne te szepty zagłuszały okrzyki pełne potępienia. "Niech robi Sherlock K. z tym Sherlockiem H., co chce, tylko czy musi się z tym tak afiszować?" - pytały wymownie. "A liczyłem na coś ciekawego..." - kwitowały szyderczo komunikaty, że Miłości swojej poświęci Sherlock jeszcze kilka notek. "Nie doczytałem tego nawet do końca" - wyznawały bez cienia żenady, z wyrzutem wręcz i tonem wyrażającym urażone uczucia religijne. Nie zliczy Sherlock K. wszystkich szyderstw, przymówek i drwin, które znieść musiał w imię uczucia zakazanego, ileż razy wpychano go z powrotem do szafy, ile prób podjęto, by ekspresję uczucia owego ograniczyć. Wszystko znosił Sherlock K. z godnością osobistą, ostatnio jednak miarka się przebrała. Opowiadał właśnie Bliskiej Osobie o notce na temat najnowszego filmu, którą zamieścić zamierzał na blogu, gdy nagle Osoba Owa weszła mu łagodnie w słowo: "Dobrze, dobrze - mruknęła Osoba, tonem, w którym mieszało się pobłażanie i życzliwe, acz poważne napomnienie. - A jak tam twój doktorat?".
Tej zniewagi znieść Sherlock K. w pokorze już nie zamierzał. Osobę zastrzelił, naturalnie, fochem, ale to sprawy nie załatwiało. Sherlock K. podobne głosy postanowił raz na zawsze uciszyć. Wyjść rozważał wiele.
Po pierwsze, mógł sfochać się na amen i w solidarności z obiektem swojej pasji, a otoczenia szyderstw z godnością zniknąć wszystkim z nietolerancyjnych oczu (widać "the world was not ready for us" - jak powiedziałby Sherlock H.). To jednak oznaczałoby poddanie się presji, ucieczkę, niepisanie bloga w ogóle, a co gorsza, w konsekwencji, konieczność zajęcia się doktoratem.
Po drugie, mógł robić swoje i udawać, że nie słyszy. Byłoby to jednak wyjście podłe, niskie i tchórzliwe, bo Sherlock głuchy nie jest i tak, owszem, domaga się dla swojego związku z Sherlockiem H. nie tylko milczącej tolerancji, ale wręcz entuzjastycznej akceptacji.
Rozważał też, po trzecie, by rozważać ten problem w nieskończoność, co miałoby tę zaletę, że już nigdy nie musiałby się zabrać do doktoratu, ale i tę wadę, że nie miałby ani frajdy z pisania o Sherlocku H. ani satysfakcji z demonstracyjnego o nim niepisania.
I ten ostatni kłopot nakierował go na wyjście właściwe, śmiało zasadzie niesprzeczności się sprzeciwiające*. Otóż od dziś zamierza Sherlock K. zarówno frajdę mieć z publicznego Sherlocka H. obpisywania, jak i satysfakcję z dumnego na jego temat przed Wami milczenia. Wartością dodaną tego rozwiązania jest to, że tak w ogóle to milczeć przed Wami nie zamierza, co oznacza, że teraz przed pokusą zajęcia się doktoratem będą go chronić aż trzy lepsze zajęcia.
A obpisywać będzie Sherlock K. Sherlocka H. w miejscu specjalnie dla niego przygotowanym, tam teraz publicznie spożywać będą kolacje przy świecach i nieskończone przy tej okazji o aktorach, scenarzystach, ilustracjach, diagnozach, wydaniach, lokomotywach, fajkach, Watsonach i opowiadaniach prowadzić długie nocne rozmowy. Gniazdko to nazywać się będzie sherlockista.wordpress.com i cieszy się trochę Sherlock, że nikt z Was dobrowolnie tam nie zajrzy, bo do pokazywania gościom jeszcze nie bardzo się nadaje ;)

Tu, na starych śmieciach będą natomiast Sherlocka K. kolejne przygody, filgloski oraz porady, jak w życiu postępować nie należy.
Kilka spostrzeżeń w temacie "jak nie pisać doktoratu" już nawet w tej notce dałoby się znaleźć...




---
* Filgloska: Nie można o czymś zarazem pisać i nie pisać w tym samym czasie i pod tym samym względem. Nic Arystoteles nie wspomina o "w tym samym blogu".

Friday, 3 October 2008

Heglowskie sprostowanie... Nie pytajcie, po co pisze się bloga...

...bo bloga się nie pisze. Pisze się blog. Ewentualnie: w blogu.

Niegramatyczny blog Sherlocka to zatem Nieblog jest i w ogóle Niebyt.*

Cięta riposta wujka Hegla nadleciała ze strony zupełnie nieoczekiwanej i wzięła Sherlocka z zaskoczenia. **

Zaskoczony Sherlock prosi zatem, by w tej trudnej gram-metafizycznej sytuacji bloga jego potraktować roboczo jako Innoblog i zobaczymy, może przytupta jakaś sowa Minerwy i coś nam z tego zsyntetyzuje.***

A po lekturze filglosek zwróćcie uwagę, jak po raz kolejny filozofia pięknie uczy nas, jak nie żyć.

***
* Filgloska długa i zawiła, bo dawno takiej nie było ;)
I wspomniani w poprzedniej notce studenci i belfrzy-plagiatorzy, a nawet może i tajemniczy wielbiciel filozofii Kenta słyszeli zapewne, że granice naszego języka są granicami naszego świata i że wymyślił tak pierwszy Wittgenstein. Trwa spór, czy był ów pierwszy Wittgenstein hurraoptymistą czy też uojezupesymistą, bo a) hurra! język taki duży i świat taki duży, b) hurra! język taki mały i świat taki mały c) uojezu! język taki duży i świat taki duży, brr, d)...
Jak by jednak na to nie patrzeć, jeżeli język Sherlocka do języka właściwego nie przystaje, albo też w ogóle - z uwagi na owo nieprzystawanie - na miano języka nie zasługuje to i świat jego, a blog w szczególności, nie przystaje lub nie zasługuje. No a namawianie Czytelników, by język Sherlocka przyjęli i narażanie ich na to, że sami się przez to w Niebyt wystrzelą uważa Sherlock za głęboko niemoralne. Poza tym, o ile Byt i Blog jest jeden, o tyle z Niebytem i Nieblogiem wcale nie wiadomo i zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że i tak by się Sherlock z Czytelnikami w Nieistnieniu minął.
Drugi Wittgenstein, którego niektórzy hurraoptymiści skłonni są uważać za spokrewnionego z pierwszym, choćby dlatego, że obaj wychodzili dość podobnie na zdjęciach (zapewne podobieństwo rodzinne), nie polepsza sprawy. U drugiego Wittgensteina zamiast języka i świata mamy gry językowe, rządzone przez swoje gramatyki. I jak by subtelnie owego pojęcia gramatyki nie rozumieć, i jak by go ze zwykłym nie kontrastować, i tak wyjdzie, że Sherlock się do zasad obowiązujących w jego rodzinie gier nie stosuje i grę jakąś pół-prywatną i nielegalną usiłuje zmajstrować. A ten drugi Wittgenstein to chyba był realista.
** Tak tak, tu chciał Sherlock napisać, że took go by surprise, ale po dwóch tygodniach w Szkocji nie wypada ;)
*** Wypada natomiast jakoś uspokoić ewentualnych antyheglistów wśród Czytelników. Rozwiązanie w duchu Davida Lewisa, które z uwagi na delikatne żołądki antyheglistów nazwiemy alternatywnym, chociaż jest to wyłącznie mydlenie oczu, polegałoby na uznaniu, że do momentu, gdy w języku przyjmą się stosowne konwencje pozwalające na utożsamianie blogu i bloga, Innoblog Sherlocka w świecie rzeczywistym jest jedynie czystą możliwością bloga. Sherlock może się nawet na użytek tej teorii osobiście do jakiegoś świata możliwego wyprowadzić.
I w tym miejscu wypada mu po raz kolejny złożyć hołd duchowi Lewisa, bo gdyby nie On, to by Sherlock rychło i nędznie skończył jako esencja nieegzemplifikowana. Ale o tym, co to za straszny los, to już w następnej filglosce będzie...

Wednesday, 20 August 2008

O sztuce fochania. Relacji z Seulskiej Anabazis interludium.

Autorom i adresatom przytoczonych cytatów dedykuję...


Gdyby Sherlock miał jednym słowem podsumować miniony rok akademicki, to byłoby to słowo "foch".
Fochał się Sherlock na filozofię i filozofia na Sherlocka, ale na sprawy poważne, jako się w poprzedniej notce rzekło, w zasadzie nie ma tu miejsca.
Foch przyświecał przyjaźniom Sherlocka najbliższym i luźnym całkiem znajomościom, foch atakował skajpczatem, wychynywał* z maila, straszył na gadu gadu, i nie znał Sherlock dnia ani godziny, gdy z metafizycznej drzemki wybudzi go dzwonek sfochanego esemesa.
I dlatego może, że dziś wybudził go brutalnie i całkiem nie w porę, postanowił Sherlock raz na zawsze krytykę praktycznego focha przeprowadzić, pozór jego transcenfochalny** obnażyć, a jako że foch nie daje się jako nieusuwalna tęsknota bezrozumu ludzkiego całkowicie ze sfery ontycznej wykluczyć, pragnie Sherlock przedstawić takie gry w fochy reguły, które w jego światach możliwych najlepsze przynosiły rezultaty.

A zatem, po kolei.

I Was ist Foch?

Jedna emotikonka gg (<"foch">) jest tutaj warta sporo słów, ale nie wszystkie esencjalne własności focha oddaje.
Foch jest to sposób na okazanie obrazy lub urazy. Bezsporne warunki możliwości zaistnienia focha (choć niekoniecznie focha udanego - o tym potem) kierowanego przez osobę A pod adresem osoby B*** są następujące:

1. Osoby A i B znają się i pozostają ze sobą w relacjach bliższych niż cześć-cześć. (Choć czasem wystarcza już "cześć co słychać - no w porządku a u ciebie".)
...i to w zasadzie tyle.
Do warunków spornych zalicza się by

2?) Osoba A miała intencję okazania osobie B urazy lub obrazy.

W tym miejscu Teoria Focha napotyka jednak na problemy analogiczne do teorii znaczenia. Są bowiem stanowiska, które na intencje osoby A nie kładą żadnego nacisku i rozstrzygnięcie, czy foch w danej sytuacji wystąpił czy też nie pozostawiają interpretacji osoby B, stawiając warunek, by

3?) Osoba B odebrała zachowanie osoby A jako świadczące o urazie lub obrazie osoby A.

Eksternaliści w kwestii Focha wolą jednak unikać kwestii takich jak intencje czy interpretacje i domagają się tylko, by

4?) Zachowanie osoby A podpadało pod jedną z wyszczególnionych w punkcie II kategorii fochów.

Jest to jednak o tyle kłopotliwe, że wiele z opisanych niżej zachowań w pewnych sytuacjach z najwyższym tylko trudem daje się opisać jako foch, wiele niekwestionowanych fochów polega wyłącznie na zaniechaniu pewnych zachowań, a jeszcze więcej wymyka się wszelkim kategoriom i opisom, bo nieskończona jest kreatywność sfochanej duszy.

Warto podkreślić, że w żadnej teorii nie żąda się, by między fochem osoby A a jakimkolwiek uprzednim czynem bądź brakiem czynu osoby B zaistniał racjonalny czy choćby emocjonalny związek. Do istoty focha należy bowiem, że nie musi być on fochem sprawiedliwym.

Po tych uwagach ogólnych zajmiemy się fochów klasyfikacją szczegółową. Cyfra w nawiasie wskazuje na punktację focha w skali od 1-10; należy jednak pamiętać, że wiele zależy tu zarówno od wykonania jak i od indywidualnych preferencji fochającego się i ofiary focha.

II Fochy dzielą się na cztery główne kategorie

A) fochy cielesne, patrz: mina emotikonki (2 pkt.)
gdyby emotikonka owa miała rączki, to jedną z nich wysunęłaby przed siebie w pozycji "ależ nie tłumacz się, nie tłumacz" (3 pkt.),
gdyby miała nóżki, to podeszłaby z godnością do najbliższych drzwi, które następnie zamknęłaby za sobą z trzaskiem (5)
lub też jednoznacznie i bez słowa wskazałaby drogę do wyjścia ofierze focha (6),
w skrajnych wypadkach uprzednio dając ofierze w pysk (8, foch ten znany jest jako "foch z plaskiem")
.

B) fochy pasywne, przez zaniechanie lub uniemożliwienie, które dzielą się na

- B1) fochy proste
Czyli:
- unikanie kontaktów osobistych (od 0 do 7 pkt. w zależności od spektakularności unikania, gdzie spektakularność mierzymy ilością świadków oraz stopniem świadomości naszego unikania kontaktów u ofiary focha)
- nieodpowiadanie na:
- wiadomości tekstowe, czatowe, mailowe (3 punkty za pierwszą, po 1 za każdą następną, jeśli ofiara focha zmienia metody kontaktu, za zignorowanie każdej pierwszej wiadomości z nowego medium uzyskujemy punkt premii),

- telefony (od 1 punktu za zwykłe nieodebranie, do 4 za odebranie i natychmiastowe trzaśnięcie słuchawką)

- pukanie do drzwi (6 pkt o ile pukający wie, że tak naprawdę jesteśmy w domu)

- B2) fochy skryto- lub jawnobójcze polegają na:

i) wyrzucaniu z grona znajomych na portalach społecznościowych (2-7 pkt. w zależności od tego, czy jednocześnie zablokujemy ofiarę focha oraz czy ofiara focha w ogóle się zorientuje, że została wyrzucona/zablokowana), oraz

ii) blokowaniu**** na skajpie oraz gg (lub innych komunikatorach) (do 6 pkt., również w zależności od tego, czy i jak szybko ofiara się zorientuje)

iii) w szczególnych przypadkach na blokowaniu do siebie dostępu w sposób dla ofiary niejawny (np. dodajemy adres ofiary do listy nadawców spamu) - jest to foch czysto skrytobójczy, który według niektórych definicji w ogóle pod foch się nie kwalifikuje (0 pkt.). Można go jednak zastosować, jako technikę ułatwiającą wykonywanie focha typu B1 (wówczas punkty jw.).

Trzeba bowiem zauważyć, że fochy typu B2ii) na ogół z definicji ograniczają możliwość stosowania fochów typu B1 i ostrożnie kalkulować, czy aby na pewno nam się to opłaca.

C) fochy aktywne

Punktacja fochów aktywnych w najoczywistszy sposób zależy od charakteru relacji między fochającymi się oraz ich indywidualnych porachunków. Orientacyjnie możemy jednak podzielić fochy aktywne na:

C1) wyrzuty (nawet do 6 pkt. za celny wyrzut!)

Czyli wszelkie wypowiedzi zaczynające się od domyślnego "przez Ciebie" i precyzujące, jak bardzo czujemy się skrzywdzeni i/lub urażeni.
Przykłady: "bardzo jest mi teraz miło, naprawdę"
"zostałam/łem sam/sama, na pastwisku looosuuu";
Punktacja rośnie wraz ze stopniem sarkazmu lub dramatyzmu, maleje wraz ze stopniem dosłowności.


C2) zarzuty

...które rozpoczynają się przeważnie od domyślnego "jak mogłaś/eś" i powinny być umiejętnie wplecione w wyrzuty.

Zarzuty dzielą się na

i) szczegółowe (do 2 pkt za całość, zarzuty szczegółowe stanowią jedyny racjonalny element focha i jako takie nie są elementem niezbędnym), w rodzaju :
"spóźniłeś/łaś się prawie 34,5 minuty",
"zeżarłeś/łaś mi ostatniego precelka",
"zepsułeś/łaś mi mój ukochany różowy długopisik z prosiaczkiem!!"

Wykazanie niesłuszności zarzutu przeważnie odbywa się bez uszczerbku dla focha.

ii. ogólne (przy pewnej wprawie nasza punktacja przekroczy 20...)

Zarzuty ogólne to zarzuty podsumowujące kształt znajomości i/lub charakter i dokonania życiowe ofiary focha.
I tu kilka przykładów, niektóre dosłownie z ostatniej chwili:

"Nie masz pojęcia o tym, jak być przyjacielem!"
"To nie była przyjaźń, przyjaciół się tak nie traktuje!"
"Skoro nie rozumiesz o co chodzi to w ogóle nie mamy o czym rozmawiać",
"Jesteś egoistycznym palantem/palantką" (Same zarzuty rozpoczynające się od "jesteś" would fill books, jak powiedziałby Watson...)
"Stosujesz szantaż emocjonalny" etc., etc., etc., ...


C3) porady i komunikaty końcowe (to moment decydujący, wyznacza bowiem współczynnik, przez który mnożymy całkowitą punktacji focha. W najgorszym przypadku może być to 0,5; w przypadkach bardzo efektownych nawet 5,0)

Fochami z tej grupy (zwanymi w przypadkach lżejszych "fochami z przytupem") trzaskamy wyłącznie wtedy, gdy stężenie fochów innego rodzaju przekroczy wyznaczony przez nas indywidualnie próg. Domyślna fraza rozpoczynająca fochy typu C3) brzmi bowiem: "Ja już zrywam z Tobą znajomość, ale na przyszłość pamiętaj, że..."

"rzeczy, które wydają Ci się zwykłym fochem mogą być czymś znacznie poważniejszym" (zwróćmy uwagę na urokliwy autotematyzm tego focha!)
"owszem, są sprawy i ludzie ważniejsi od Ciebie" (itp.)

... które to porady przypieczętować należy sarkastycznie pocieszającym przekazem pożegnalnym, na przykład:
"Ja nie zamierzam mieć z Tobą więcej nic wspólnego. Ale no hard feelings, czy co się w takich sytuacjach mówi."

D) fochy aktywno-pasywne czyli przeważnie fochy przepowiadające lub grożące trzepnięciem fochem typu B (a w dalszej perspektywie nawet C3).

Są to fochy, które mogą się sprowadzać do prostego obwieszczenia faktu, że się właśnie fochamy ("no za to to foch z dąsem!"), i które trzeba stosować z niemałym wyczuciem, ponieważ zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że

a) ofiara focha nie potraktuje naszej groźby poważnie ("och, jeżeli nie przestaniesz mędzić, to ja nie jadę (na imprezę na którą jeszcze sam/a przed chwilą Cię wyciągałam/łem"))

b) ofiara focha sturla się ze śmiechu pod stół ("przyszłam/przyszedłem aby się ozięble pożegnać", "piszę do Ciebie, aby Cię poinformować, że już z Tobą nie koresponduję")

c) ofiara focha potraktuje naszą groźbę poważnie i jeszcze się ucieszy...

Bo to byłoby, drodzy Czytelnicy, 20 punktów i zwycięstwo przez nokaut.

Czyli - uwaga! - sytuacja w najwyższym stopniu niepożądana.

III Gra w fochy - reguły właściwe i niewłaściwe

Albowiem - i tę tezę stawia Sherlock z pełnym przekonaniem - wbrew powszechnej opinii, zwycięstwo NIE JEST bynajmniej celem naszej zabawy.
Nadmierna przewaga w punktacji świadczy wyłącznie o tym, że gra zmierza ku końcowi - i wraz z nią, w konwulsjach, nasza znajomość z zafochaną przez nas ofiarą.
Wygrać na fochy to żadna sztuka - a znajomość taka deka kłaków niewarta.

Udane fochy, to jest, moi drodzy, sztuka, która wyżyn swoich sięga wówczas, gdy dwóch godnych siebie przeciwników utrzymuje w punktacji idealny remis. Gdy gracze nieomylnie wyczuwają, kiedy i do jakiej sięgnąć kategorii, by kruchej równowagi nie zakłócić. Ile wyrzutów wyrzucić w jednym rozfochanym mailu. Jakim esemesem sparować sfochanego czata i ile decybeli winno mierzyć zirytowane westchnienie. Ekspertów poznacie po zjadliwych trzech kropkach, na które odpowiedzią jest wzgardliwy przecinek. Ekspert od sztuki fochania to ten, który wymianę ciągnąć potrafi w nieskończoność.

Ale Prawdziwymi Mistrzami są ci, którzy wiedzą jeszcze, że gra to tylko pretekst, żeby w końcu zrobić przerwę techniczną i iść na pół litra.

***


* No co, ktoś niby zna ładniejszą formę przeszłą niedokonaną od wychynąć??

** Kto się wystraszył obnażania transcenfochalnego pozoru focha i miał nadzieję, że mu się upiecze, tego Sherlock musi (licząc się naturalnie ze sfochaną ripostą) rozczarować, choć dla usprawiedliwienia doda, że sprawa nie domaga się proporcjonalnie do jej nazwy długiej filgloski.
Otóż było u Kanta tak - w barbarzyńskim i trywializującym skrócie - że mamy zagwarantowane, że fenomeny są jakie są (a w szczególności jakimi nauki przyrodnicze uczą nas, że są), ponieważ inaczej po prostu nie potrafimy poznawać (o czym z kolei poucza nas transcendentalna filozofia). A w jeszcze jakiś świat niefenomenalny czy też ostrożniej mówiąc "noumeny" wierzymy, bo skąd by się te fenomeny i cały proces poznawczy brały. U Sherlocka zaś jest tak, że sztuka fochania jest fenomenem w życiu praktycznym w oczywisty sposób nieuniknionym. Ale to właśnie narzucające się w swoim istnieniu zjawisko sugeruje, że istnieją jakieś - noumenalne - relacje międzyludzkie, będące focha transcenfochalnym warunkiem możliwości.

*** Osoby mniej kantowsko od Sherlocka do życia nastawione mogą udawać, że naprawdę pisze się tu o Austinowskich warunkach skutecznego performatywu - wszyscy czytelnicy poprzednich notek zauważą bez trudu, że foch to wyjątkowo wdzięczny gatunek aktów performatywnych, choć niekoniecznie aktów mowy (ktoś z Was próbował kiedyś obwieścić: Niniejszym się na Ciebie obrażam?).

**** UWAGA: blokowania, NIGDY nie ograniczamy się do wyrzucenia z kontaktów, bo nie dość, że wyrzucenia z kontaktów ofiara nijak nie odczuje, to jeszcze musimy pamiętać, że nie jest tak, że skoro my już ofiary w kontaktach nie widzimy, to ona także nie widzi nas i możemy się dopiero po paru miesiącach zorientować, kto dokładnie śledził z zapartym tchem nasze zawarte w opisach i kierowane do grupki najbliższych przyjaciół szczegółowe relacje z życia towarzyskiego i osobistego. Zagrożenie to, oczywiście, rozważa Sherlock czysto teoretycznie. Czysto.

Sunday, 10 August 2008

O tym, jak bardzo niebezpiecznie jest być filozofem; Seulskiej Anabazis Sherlocka część pierwsza

Drodzy Czytelnicy,

dzisiejsza notka pełna będzie niezdecydowania, jak niezdecydowania pełen jest zbiór światów możliwych obecnie dostępnych dla Sherlocka. W zasadzie – ale tylko w zasadzie – Sherlock właśnie wrócił z Korei, gdzie, w zasadzie, uczestniczył w Światowym Kongresie Filozofii. W zasadzie, wrócił tylko na miesiąc, bo za miesiąc, w zasadzie, wyprowadza się do Edynburga, gdzie, w zasadzie, rodzić się winny dla Was notki filozofią i whisky (zamiast, jak dotychczas, wódką) płynące. W zasadzie zatem, to, co teraz powinno nastąpić, to humorystyczna relacja z Seulskiej Anabazis Sherlocka. I, w zasadzie, ale tylko w zasadzie pierwszy jej odcinek nastąpi.



Bo, moi drodzy, w istocie żarty się skończyły. Dzisiaj przekonacie, się, że Filozofia Uczy Jak Nie Żyć ponieważ każdy, kto kiedykolwiek filozofii dał się ukąsić, może tej wiedzy potrzebować.


Podobnie jak w wypadku tłumaczy-alkoholików, Sherlock nie ma oczywiście – w zasadzie - żadnych sprecyzowanych intuicji w kwestii liczby samobójstw wśród filozofów. Z drugiej strony - również w zasadzie – nie uważa jednak, by przypadki, w których nazbyt dosłowne potraktowanie ludzkiej egzystencji jako Sein-zum-Tode skłania filozofa do przedwczesnego i własnoręcznego zakończenia owej egzystencji, stanowiły o morderczej potędze Filozofii jako takiej. Nie jest to też odpowiedni moment, by roztrząsać, dlaczego Sherlocki oraz inni ludzie filozofią ukąszeni, ilekroć Muza odwraca się do nich du...mnym i nieprzystępnym obliczem i braknie im świeżych pomysłów do obróbki, kierują resztki energii wygłodniałego intelektu** na obmyślanie 20 metod samobójstwa przy pomocy arbuza*.


Dzisiaj zajmiemy się – po raz pierwszy, choć, w zasadzie, nie ostatni – zagrożeniami, które czyhają na filozofa w jego filozoficznym życiu codziennym. Wszak cala Seulska Anabazis Sherlocka wzięła się stąd, że do istoty filozoficznego życia filozofa należy, w zasadzie, uczestnictwo w konferencjach. A uczestnictwo w Dwudziestym Drugim Światowym Kongresie Filozofii w Seulu należało do największych wyzwań w całym Sherlocka życiu w ogóle.


Prolog, kiedy to Sherlock oraz jego równie przez filozofię przeżarty Towarzysz Filozoficznych Wojaży (TFW) na zmianę gubili wszelkiego rodzaju dokumenty tożsamości, cudem z uczelni wyszarpane dewizy, pojęcie o tym, jak załatwić hotel oraz najróżniejsze przedmioty, które na konferencji filozoficznej mogą się przydać (na przykład: własny referat) w zasadzie sam w sobie dostarczył niemałych emocji, a prawdopodobieństwo, że Sherlock lub TFW lub oboje na raz zginą z ręki własnej (wzajemnej), cudzej lub instytucjonalnej momentami przekraczało 273 procent. Wyjazd na filozoficzną konferencję ma jednak większy metafizyczny ciężar niż byle wypad na wczasy więc już na tydzień przed wylotem plan dotarcia na lotnisko mieli Sherlock oraz TFW opracowany w najdrobniejszych szczegółach. Sherlock zamierzał, na przykład, jechać do Warszawy w niedzielę, 27 lipca i na Okęcie dotrzeć ze spokojem i godnością 29, we wtorek, o poranku. TFW dla bezpieczeństwa postanowił do stolicy przybyć już w sobotę, 25 lipca i z Sherlockiem spotkać się na Odlotach we wtorek, 28. Oba plany nie były pozbawione rozsądku, bo w rzeczywistości 29 lipca faktycznie wypadał we wtorek, jak sądził Sherlock, a odlot samolotu faktycznie wypadał 28, jak podkreślał TFW. Drobne niedoskonałości zostały jednak skorygowane, dzięki czemu podróżnicy nasi mogli z niekłamanym filozoficznym zdumieniem powitać fakt, że stosownego dnia dotarli na właściwe lotnisko, oboje z przejęcia równo pół godziny przed czasem.

Banalnych zagrożeń związanych ze startem, przesiadką w Amsterdamie, gdzie przed lotniskiem Schiphol krążą w wieczornym powietrzu dźwięki z filmów Kieślowskiego i kuszące wonie Coffee-shopów oraz tłumem Koreańczyków lekce sobie ważących zakaz używania elektroniki choćby przez dziesięć minut lądowania nawet nie sensu przytaczać.

Fakt, że Koreańczycy jak źrenicy oka strzegą wstydliwego sekretu, jakim jest znajomość angielskiego co najmniej w piśmie i otwarcie pozwalają sobie co najwyżej na lekką zmianę akcentów w potoku wdzięcznej koreańskiej mowy także sam w sobie niebezpieczny się nie wydawał. Właściwy autobus z lotniska do hotelu odnaleźli Sherlock i TFW w niecałe trzy papierosy.


I tak naprawdę dopiero w hotelu powinni byli sobie uświadomić, jak nikłe są ich szanse na powrót cało do domu.


W pokoju bowiem oprócz standardowego wyposażenia, morderczej klimatyzacji i dobrze znajomych, kojących obiektów w rodzaju popielniczki znajdowały się przedmioty budzące głęboką nieufność a w skrajnych wypadkach metafizyczny lęk. Szafa działająca jak lodówka (to jest tak, że nie da się jej przyłapać z wyłączonym światłem), czy wielka latarka na ścianie to jeszcze mieściło się w granicach dobrze pojętej egzotyki. Druga latarka w szufladzie, stos informacji o postępowaniu na wypadek bliżej nieokreślonych – to jest, określonych wyłącznie koreańskimi krzaczkami – katastrof jednak podgrzała nieco atmosferę, a już element wyposażenia w postaci około dwumetrowej długości sznura, który należało przywiązać do haka w podłodze przyprawił Sherlocka o pełne fatalizmu dreszcze. Sznur sam w sobie nie jest stosownym elementem wyposażenia pokoju filozofa (wyobrażacie sobie, ileż można wymyślić arbuzowo-sznurowych kombinacji?) a już jeżeli dwumetrowy sznur służący do zwieszenia się z piątego piętra, ma robić za gwarancję bezpieczeństwa przed jakimś zagrożeniem, to Sherlock wolałby owego zagrożenia w ogóle sobie nie wyobrażać. Wprawdzie ekwipunek ratunkowy pokoju obejmował również telefon alarmowy w łazience, ale Sherlock od początku podejrzewał, że znajduje się on tam wyłącznie na wypadek nagłego zaatakowania gościa przez bideto-ubikację rodem prosto z „Terminatora”. Potwór ten elektro-hydrauliki miał pięć pokrytych krzaczkami guziczków, trzy lampki i bardzo podejrzanie mrugał. Konkretnego przeznaczenia guziczków nie udało się, niestety – a może na szczęście - ustalić. To znaczy, ani Sherlock ani TFW nie ma pewności, czy między faktem ponaciskania wszystkich guziczków a nagłym przybyciem boya z recepcji, który zgięty w pół wręczył Sherlockowi szampon zaistniał związek przyczynowo-skutkowy czy tylko korelacja czasoprzestrzenna.

Z pewnością jakieś funkcje pełniły również rozliczne przyciski i przesuwki pokrywające pancerną obudowę ogromnego czajnika (Czajnika!), który dominował swoim istnieniem całe wnętrze pokoju, od czasu do czasu wydając z siebie dźwięki zbliżone do charczenia Lorda Vadera. Jednak jeszcze bardziej niż podejrzenia o udział Czajnika w Ciemnej Stronie Mocy niepokoił Sherlocka fakt, że za nic nie dało się Go wyłączyć (wprawdzie TFW twierdzi uparcie, że pod koniec pobytu opracował subtelną technikę opartą na pełnym wyczucia przyciskaniu odpowiedniej kombinacji guziczków dokładnie w odpowiednich momentach, ale już znacznie prostszym filozoficznie wyjaśnieniem byłoby orzec, że Czajnik po prostu TFW polubił i w łaskawości swojej pozwolił mu w to uwierzyć). Po wyciągnięciu wtyczki Czajnika z kontaktu charczenie zdecydowanie przycichało, a pary leciało jakby mniej, ale któż wie, co taki Czajnik od prądu odłączony może w zemście uknuć?

W zasadzie jednak, gdy minęła szczęśliwie pierwsza groźna noc, zaczęło się Sherlockowi i TFW wydawać, że skoro na miejsce dotarli, skoro pokój okiełznali, to przez resztę konferencji przejdą krokiem spacerowym.

W zasadzie.

Ciąg dalszy, w zasadzie, jeszcze nastąpi...

*Jak niektórym wtajemniczonym wiadomo, Sherlock obmyślił w swoim czasie dziesięć takowych metod po czym postanowił jednak zająć się czymś stosowniejszym do powagi sytuacji i przerzucił się na bardziej melancholijne rośliny w rodzaju szpinaku.

** Jak do tej pory, zagadki Sherlocka, choć cieszyły się pewną popularnością, to wszelako przeważnie nie doczekiwały się poprawnych odpowiedzi. Autor poniższego cytatu jest oczywisty. Pół litra każdemu, kto cytatu na sobie doświadczył;)

My mind is like a racing engine, tearing itself to pieces because it is not connected up with the work for which it was built.

Wednesday, 9 July 2008

O tym, że Sherlock wraca*, co go zeżarło i co teraz będzie...


Sherlock z przyjemnością informuje że wraca i serdecznie dziękuje za komentarze nawołujące go do powrotu, zwłaszcza zaś za te, które nawiązywały do Dydaktycznej Misji Bloga. Sherlock pragnie zarazem podkreślić, że jego zniknięcie z bloga samo w sobie stanowiło kontynuację Misji a także swoisty performatyw**. Sherlock wyznawał bowiem po wielekroć, że w życiu kieruje się nauczaniem Mistrzów Filozofii; skoro zatem dał się zeżreć znanym już dziś sprawcom*** i zamilkł na trzy miesiące to uznał to za lepszy dowód na to, że "Filozofia Uczy Nas Jak Nie Żyć" niż jakakolwiek notka, którą mógłby pod tą dydaktyczną etykietą wyprodukować. A jednak, jak się przekonacie, powrót Sherlocka oraz nowe jego przygody ukażą Wam słuszność tytułowej tezy z jeszcze boleśniejszą wyrazistością.

Zostańcie zatem z nami, to były tylko chwilowe usterki, za które przepraszamy. A rychło, w kolejnych odcinkach dowiecie się, że filozofia uczy nas, w szczególności, jak się NIE przeprowadzać, jak wykazać, że funkcjonalizm jest zły na przykładzie tzw. Problemu Zapity (NIE mylić z Problemem Zagrychy, którym zajmiemy się innym razem), oraz, że David K. Lewis myli się twierdząc, jakoby rzeczy tylko mogłyby być inne niż są...

*****

**Filgloska: performatyw to pojęcie, które nie tylko zagościło, ale wręcz czuje się jak u siebie w domu w slangu współczesnych filozofów dzięki... um... powiedzmy może lepiej bez tego zbędnego entuzjazmu: za sprawą J. L. Austina, który zwrócił uwagę na fakt, że czasem, kiedy coś mówimy, to wypowiedź nasza, o ile została wypowiedziana w stosownych okolicznościach, jest zarazem pewnym działaniem. Brzmi jak niewinna oczywistość - czyż nie każda wypowiedź jest jakimśtam działaniem? - dopóki nie uświadomimy sobie różnicy między zgoła nieperformatywnym "poproszę pół kilo kartofli", po którym szybciutko można zmienić zdanie na dwa kilo czereśni i sprawę kartofli uznać za nigdy niebyłą, a pełnym grozy performatywem "niniejszym biorę sobie Ciebie, Klotyldo, za żonę...", po którym nawet w wariancie optymistycznym Klotylda już na zawsze będzie naszą byłą, a w najgorszym razie to i całkiem obecną... No więc z tym performatywem Sherlocka sprawa jest znacznie ciekawsza, bo jest on nie dość że na odwrót to jeszcze z metafizycznego punktu widzenia całkowicie nielegalny. Po pierwsze, to tutaj działanie (na blogu) miałoby coś mówić (że filozofia uczy jak nie żyć). Po drugie, działanie sprowadza się w tym wypadku do braku działania, a jak nam brak działania, pustka, szaranagajama i nicująca nicość oddziaływa w jakikolwiek sposób, nie wspominając już, że w tym wypadku odwrotnie-performatywny, to, Houston, mamy problem.

*** Że nikt z Czytelników zagadki nie rozwiązał to może i jeszcze jest do usprawiedliwienia, ale że Sherlockowi zajęło to owe trzy miesiące z okładem to jest, niestety, obciach pierwsza klasa. Bo naprawdę, wystarczyło znać podstawy Kanonu Sir Arthura Conan Doyle'a albo Hegla na poziomie "Filozofii dla najmłodszych, kolorowanki - maluj razem z sówką!", by domyślić się, że jedyne co zeżreć Sherlocka mogło tak całkowicie, to, naturalnie, jego antyteza, czyli profesor Moriarty. Nasuwa się tu ciekawe pytanie, co wyniknie z Sherlocka i anty-Sherlocka syntezy, ale tego, na szczęście, dowiemy się, jeśli w ogóle, o zmierzchu, kiedy wylecą pokolorowane sówki Minerwy, a Watson nareszcie napisze prawdę o tym, co wydarzyło się nad wodospadem Reichenbach, w którego otchłań stoczył się Sherlock H. w objęciach śmiertelnego swego wroga i najinniejszego Innobytu, by po trzech latach zmartwychwstać i na Baker Street powrócić.

*****

*Sherlock pragnie zadedykować swoją powrotną notkę trzem facetom, z których Jeden nigdy jej nie przeczyta, bo zdoła zgubić adres bloga choćby mu go Sherlock przesłał trzy razy przez gg, dwa przez skype'a, esemesem, mailem, faksem i poleconym (priorytetem); Drugi nigdy jej nie przeczyta, bo choćby nawet adresu nie zgubił, to sam zgubi się w necie cztery razy po drodze, a potem to będzie na czytanie o trzy piwa za późno. No a ten Trzeci... Trzeci nie przeczyta jej chwilowo także, bo pewnie akurat focha się na Sherlocka śmiertelnie i nieodwołalnie aż do jutra. Ale jest jakoś tak, że nie zadedykować im tej powrotnej notki to zupełnie się Sherlockowi możliwe nie zdaje. Logika modalna, po prostu...

Tuesday, 11 March 2008

O tym, dlaczego czasem smutno jest być heglistą, część pierwsza, jak zwykle bardzo niedydaktyczna...

O ile miłość Sherlocka do Kanta nigdy - nie licząc historii opisanej wpis niżej - cierpień specjalnych mu nie przysparzała, także z uwagi na łatwość rozdzielenia sentymentów serca i racji rozumu, o tyle zdarzały się w jego (Sherlocka) życiu takie znajomości, które zaiste kalectwo kształcą przez szlachetne blizny.

Bo, moi drodzy, Hegla nie kochać się nie da, ale czasami jest to miłość trudna.

Sherlock zawsze uważał, że na (dobre) zajęcia nie tylko warto czytać zadane teksty, ale że jest to wręcz pewien imperatyw (patrz Kant). Tym bardziej, jeśli tekst ów należy do żelaznej klasyki historii filozofii, a zwłaszcza - zwłaszcza! - jeśli tekst ów napisał ktoś, kto zawsze ma rację, czyli Hegel. Kiedy więc zdarzyło się tak, że wieczorem przed porannymi (dobrymi) zajęciami z Hegla, padł Sherlock snem zmorzony tekstu uprzednio nie przeczytawszy, Duch Sherlocka poczuł się w słabej cielesnej skorupie uwięziony i o godzinie piątej zażądał wyzwolenia.
Wstał tedy rozespany Sherlock, zaparzył resztki kawy ("dla Ciebie zjadłe smakują trucizny!") i w poczuciu, że choć może i jest to upokarzające, żeby Obowiązek wybudzał go po trzech godzinach snu, ale że przecież miłość ci wszystko wybaczy ("dla Ciebie więzy, pęta niezelżywe!").

I oto, jaka spotkała go nagroda...

"Żywa substancja jest bytem, który naprawdę jest podmiotem, albo, innymi słowy, jest bytem, który jest naprawdę rzeczywisty tylko o tyle, o ile substancja jest ruchem zakładania i ustanawiania siebie samego (des Sichselbstsetzens), czyli zapośredniczeniem (Vermittlung) między swoim stawaniem się czymś innym (das Sichanderswerden) i sobą samym."

...tu Sherlock zapalił papierosa... Ale Duch krzyczał "dalej!"

"Jako podmiot jest ona czystą prostą negatywnością i właśnie dlatego rozdwojeniem prostej niezłożoności, czyli przeciwstawnym podwojeniem, które ze swej strony jest negacją obojętnej różności i jej przeciwieństwa; i tylko ta rekonstruująca sama siebie równość, czyli tylko ta refleksja kierująca się ku sobie w tym, co inne, jest prawdą - a nie pierwotna jednia jako taka, czy jednia bezpośrednia jako taka."

(G. W. F. Hegel, Przedmowa do Fenomenologii ducha, str. 26 wydania polskiego - podaję na wypadek, gdybyście myśleli, że zmyślam. Niestety, to autentyk...)

Tu Sherlock zapalił czwartego papierosa, a Duch jego pomyślał, że jeżeli tak ma wyglądać uświadamianie sobie własnej wolności, to nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać.

Ale, moi drodzy, happy endu tej historii nie będzie. Bo Sherlock dobrze wie, że Duch, tym smutnym doświadczeniem pouczony, następnym razem wybudzi go po prostu wcześniej i do lektury zagoni bardziej oprzytomniałego.
Bo miłość - kochani! - wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję... I nawet Hegla przetrzyma...

***
Spokojnie, żadnej filgloski chwilowo również nie będzie ;) Ja też nic z tego nie rozumiem...

Monday, 3 March 2008

O filozofii bardzo (nie)praktycznej, część pierwsza

Na mocny początek o tym, dlaczego nie należy być kantystą...

W ramach krótkiej filgloski autobiograficznej trzeba powiedzieć, że filozoficzna pasja Sherlocka pewnie nie przybrałaby tak zatrważających rozmiarów, gdyby nie fakt, że pewnego wiosennego dnia pod koniec pierwszego roku swoich studiów Sherlock szaleńczo się zakochał. Od pierwszego wejrzenia. Ślepo, bez granic i bez pamięci. Był słoneczny czerwcowy poranek, kwitły kasztany, kwiliły ptaszęta, a Sherlock wpadł do biblioteki na pół godziny przed ćwiczeniami z ontologii... Bez entuzjazmu pochwycił "Krytykę czystego rozumu", dopadł fragment o krytyce dowodu ontologicznego na istnienie Boga...spojrzał nieufnie...w pośpiechu wzrokiem ogarnął kilka stron gęstego niemieckiego wywodu... i oto niespodzianie Kant objawił mu się lśniącym kryształem w trzech wymiarach przestrzennych, dwóch logicznych i jednym bezczasowo genialnym...
I chociaż zakochanie minęło, a raczej z zadurzenia jednym tekstem miękko przeszło w odurzenie filozofią w ogóle, chociaż Kant okazał się wyznawcą Mitu Danych Zmysłowych, a z tymi talarami to przecież w gruncie rzeczy banał, to wszak pierwszej miłości się nie zapomina i do dziś żywi Sherlock do starego pedanta z Królewca nieogarniony sentyment.

Ale czasami, czasami przychodzą takie chwile, że cisnąłby Sherlock tego Kanta precz w kałużę.
A zwłaszcza już cisnąłby Kanta kontrowersyjną doktrynę etyczną...
***

Jak wiadomo, w Krakowie deszcz pada, deszcz pada jesienny i nie tylko na Brackiej, ale i na przystanku, gdzie na tramwaj czekał dziś długo przemarznięty i chory Sherlock. Ponieważ na świecie istnieje tylko jedna niezawodna metoda wzywania tramwaju - zapalenie nowego papierosa - wyszedł przeto Sherlock karnie spod wiaty, powlókł się przepisowe pięć metrów dalej i skulony w strumieniach zimnego deszczu-z-wiatrem oddał się swoim małym radościom.
Ledwo rozżarzył się leniwie koniuszek przemokłego peta, pochwycił Sherlock czyjeś ciężkie i przepastne spojrzenie. Podniósł przeto głowę i z niejaką melancholią stwierdził, że świdruje go pełnym wyrzutu wzrokiem typowy krakowski chybalump. (Chybalump różni się od lumpa tym, że wprawdzie płaszcz ma wyśmodruchany i cuchnący, twarz nieświeżą i zmiętą, paznokcie czarne a i fonia wiele pozostawia do życzenia, ale brak mu niektórych esencjalnie lumpowych własności, na przykład wózka, reklamówki, czapki czy też smrodu pewnego określonego rodzaju. Różnice są subtelne, o pomyłkę łatwo i od czasów studenckich pochopnie Sherlock nigdy i nikogo za lumpa nie uznaje.)
Chybalump, jako się rzekło, łypnął na Sherlocka smutno raz i drugi, ponurym spojrzeniem pożerając Sherlockowego papierosa... A wtedy Sherlock, zamiast się odwrócić, odejść lub wsiąść choćby i do niewłaściwego tramwaju, zadał sobie najgłupsze pytanie z możliwych...
..."czy chciałabym, by maksyma mojego postępowania stała się powszechnym prawem?"
No oczywiście, nie. Świat, w którym ludzie muszą moknąć bez fajki, to jest świat zły, podły i nie do przyjęcia. Czy ci, którzy akurat w papierosy opływają, nie mogą zdobyć się na drobny gest wobec mniej hojnie przez los obdarowanych? Chybalump wprawdzie szczególnego współczucia Sherlocka nie budził, ale to przecież z kantowskiego punktu widzenia tylko lepiej. Nie sentymenty winny nasze uczynki motywować, lecz czysty, wykoncypowany obowiązek.
I tak refleksją etyczną napełniony, wyciągnął Sherlock paczkę zachęcającym gestem i z promiennym uśmiechem zapytał: "Może fajkę?".
Ale zamarł promienny uśmiech na obliczu Sherlocka.
Bo chybalump łypnął nań po raz wtóry i podnosząc głos, tak by słyszeli go wszyscy na przystanku, warknął: "Nie wolno palić w miejscach publicznych."
Sherlock, takim dictum zastrzelony, odparł pokornie, że nie stoi przecież na przystanku.
"No to co - dobił go chybalump. - I tak odbiera pani wszystkim apetyt. Na śniadanie. Obiad. - Tu charknął. - I kolację."

I co? Maksyma słuszna. Obowiązek spełniony. A nikt już dziś nie ma apetytu.

A to wszystko gwoli wyjaśnienia, dlaczego od jutra, moi drodzy, Sherlock rzuca Kanta i częstuje wyłącznie znajomych, inteligentnych i wysokich brunetów.

***
Tymczasem jeszcze dziś zamiast filgloski piosenka, którą ktoś powinien był kiedyś Kantowi zaśpiewać, a może do wielu katastrof w historii namysłu etycznego nigdy by nie doszło...

Ze specjalną dedykacją dla wszystkich teoretyków moralności...

Saturday, 23 February 2008

O tym, jak wyglądałaby filozofia, gdyby narodziła się w Bieszczadach a nie w Grecji...


Trzeba powiedzieć, że organizując w Bieszczadach konferencję, Sherlock nie planował ani dokonywać gruntownych przemian w filozofii ani głębokich wglądów z cyklu "poznaj samego Sherlocka". Jakież było zatem jego zdziwienie, gdy się okazało, że w bieszczadzkich góralskich lasach przyszło mu się zmierzyć z następującą alternatywą: albo zburzyć zręby filozofii Zachodu albo porzucić myśl o przetrwaniu. Ponieważ pierwszy głęboki wgląd Sherlocka dotyczył jego upodobania do przetrwania, nie pozostało mu nic innego, jak skoncentrować się na pierwszym członie alternatywy...


...i oto, co się okazało...

Gdyby filozofia narodziła się w Bieszczadach, jej pierwszym pytaniem nie byłoby pytanie o arche, lecz pytanie o to, ile sera należy kupić na 60 osobo-dni w schronisku położonym o 4 godziny drogi od najbliższego sklepu. Odpowiedź na to kluczowe pytanie determinuje dalszy rozwój filozofii. Sherlock na przyład kupił za mało, przez co na konferencji już drugiego dnia rozpoczęła się brutalna walka o byt oraz środki produkcji kanapek. Wprawdzie marksizm to akurat naturalny owoc rozwoju myśli Zachodu, jednak było to przykre, gdy filozofia bieszczadzka osiągnęła ten etap już po dwóch dobach zamiast po dwóch tysiącach lat, a co gorsza, gdy na nim w zasadzie się już zatrzymała...

Drugim pytaniem filozofii bieszczadzkiej byłoby zapewne klasyczne pytanie o arche, jednakże to, że arche nie jest żadna tam Talesowska woda tylko wódka Biała Dama to należy koniecznie ustalić raz na zawsze już przy okazji kupowania sera, a nie po dwóch dniach debaty na górze, jak uczynił to Sherlock. W przeciwnym bowiem wypadku może dojść do kuriozalnej z punktu widzenia filozofii Zachodu sytuacji, w której arche staje się towarem deficytowym a walka o byt przybiera niezdrowy odcień metafizyczno-egzystencjalny.

Trzecie pytanie filozofii bieszczadzkiej dotyczyłoby podstawowych praw metafizyki oraz logiki. A odpowiedź stanowiłaby negację znanej Zachodowi trójcy: zasady tożsamości, niesprzeczności oraz wyłączonego środka.

Tożsamości, bo na górze nikt nie jest sobą samym. A przynajmniej Sherlock z pewnością nie jest tą osobą, która z powodu bolesnych braków zaopatrzenia w arche myszkowała po kuchni z lampką od zapalniczki w dłoni w poszukiwaniu ewentualnych zapasów arche przyniesionych na górę przez innych mieszkańców schroniska, tudzież degustowała po ciemku olej kuchenny w płonnej nadziei, że to zakonspirowana jakowaś odmiana wspomnianego podstawowego pierwiastka i pierwszej przyczyny rzeczywistości.


Niesprzeczności, bo nie jest w Bieszczadach prawdą, że ten sam przedmiot nie może posiadać a zarazem nie posiadać tej samej własności pod tym samym względem. Może. Na przykład ostatnia cudem niezeżarta kanapka może być własnością Sherlocka oraz nie być własnością Sherlocka, w zależności od tego, kto ma lepszy refleks.


Wyłączonego środka, bo zupełnie nie należy oczekiwać, że dla każdej własności albo będzie można ją przedmiotom przypisać albo nie. Na przykład, nie jest tak, że każdej butelce wina, o której Sherlock wie, że jest gdzieś w schronisku, bo osobiście ją tam w plecaku przyniósł, będzie można następnie przypisać jakąkolwiek czasoprzestrzenną lokalizację. Tymczasem braku lokalizacji też wolelibyśmy jednak nie przypisywać, bo o ile z brakiem (pv-p) jeszcze jakoś sobie radzimy, o tyle spontaniczna nieczasoprzestrzenność przedmiotów prowadziłaby do znacznych komplikacji w bieszczadzkiej ontologii.*

Ma to, naturalnie, swoje katastrofalne konsekwencje dla zasady biwalencji, która głosi, że każde zdanie jest albo prawdziwe albo fałszywe. W Bieszczadach tak autorytarny pomysł nigdy by się nie narodził, a znane filozofii Zachodu kłopoty z prawdziwością zdań o przyszłości zostałyby ucięte w zarodku.** Z tym że w filozofii bieszczadzkiej zasada biwalencji nie obowiązuje również dla zdań teraźniejszych i przeszłych. Na przykład, Sherlock do dziś nie potrafi stwierdzić, jaka była wartość logiczna zdania "O 15.45 odjeżdża z Dwernika PKS do Sanoka". Z jednej strony, o 15.45. na przystanku nie było żadnego pekaesa. Z drugiej, miejscowi twierdzili, że to jeszcze nie znaczy, że takowy w ogóle w rozkładzie nie istnieje. Istnieje, tylko czasem nie przyjeżdża. Z trzeciej strony, pięć minut później pekaes się zjawił, a kierowca stwierdził, że jest to ten sam, co o 15.45., tylko inny (pamiętacie, jak to było z Odyseją, której nie napisał Homer tylko ktoś o tym samym nazwisku?). Z czwartej, to jednak istotnie musiał być jakiś inny Homer, ponieważ pekaes dotelepał się tylko do Ustrzyk Dolnych, skąd do Sanoka należało jechać nieistniejącym poza rozkładem pekaesem o 16.50. Z piątej strony, pal sześć wartość logiczną wspomnianego zdania, skoro wartość jego praktyczna dążyła do nieskończoności, bo tak czy owak po 15.45. z Dwernika nie odjeżdżało już nic.***

Czwartym wreszcie pytaniem filozofii bieszczadzkiej nie byłoby "kimże jest człowiek?" (bo wspomniany nakaz "poznaj samego Sherlocka" miewa nieprzyjemne konsekwencje, w sytuacji gdy może się okazać, że Sherlock jest ostatnim zapyziałym mieszczuchem targanym tęsknotą za bieżącą wodą), a raczej: "kimże jest człowiek, który pójdzie po drewno i czy może się pospieszyć bo kominek przygasa".****

A piątego pytania w ogóle się już nie zadaje, bo w międzyczasie znalazło się i arche i wino i wszyscy mają o wiele lepsze rzeczy do roboty.

I kto wie, może właśnie ten ostatni świeży prąd bieszczadzkiej inspiracji wleje nowe życie w strupieszałą filozofię Zachodu?


***
*Filgloska nr 1: Byłaby to zapewne jakaś forma lokalnego idealizmu, który najlepiej podsumować można hasłem "było - nie ma, jak w ruskim cyrku".

**Filgloska nr 2: Chodzi tu, naturalnie o tzw. problem bitwy morskiej. Arystoteles zastanawiał się kiedyś czy zdanie "Jutro będzie bitwa morska" jest w związku z zasadą biwalencji prawdziwe lub fałszywe już dziś. Bo jeśli jest jakaś tajemnicza siła, która prawdziwość zdań o przyszłości już w teraźniejszości przesądza, to może można by siłę dopaść, zapytać kto bitwę wygra i zbić majątek w zawodzie nadwornego proroka.

***Filgloska nr 3: Nazwałabym takie stanowisko bieszczadzkim pragmatyzmem intuicjonistycznym.

****Filgloska nr 4: Chętnie uczyniłabym tu dygresję na temat kierunków w bieszczadzkiej filozofii praktycznej, ale niestety noszenie drewna to czynność sama w sobie zajmująca, w związku z czym niestety po powrocie z wyprawy zarówno usatysfakcjonowani "niedźwiedzim mięsem" ochotnicy, jak i nieco mniej usatysfakcjonowani uczestnicy z łapanki zamiast refleksji etycznej oddawali się polowaniu na niezeżarte kanapki (patrz obalenie zasady niesprzeczności).

Saturday, 2 February 2008

O tym, dlaczego nie należy pić za dużo piwa - post bardzo dydaktyczny

Jest takie słynne powiedzenie, że drogowskaz wskazuje drogę, ale nią nie kroczy... Być może tytuł dzisiejszej notki skłonił Was do przekonania, że i Sherlock do takich zakłamanych i pełnych hipokryzji Dydaktyków należy. Niesłusznie! Zaraz zresztą sami się przekonacie...

Ale zacznijmy od tytułowego pytania.

Oczywiście, moi drodzy, nie jest prawdą, że nie należy pić za dużo piwa dlatego, że alkohol szkodzi zdrowiu.
Wcale nie szkodzi.*

I nie dlatego, że można dostać kaca. Kac jest zjawiskiem z filozoficznego punktu widzenia bezcennym.**

I nie dlatego, że można usłyszeć potem na ulicy rozgłośny i pełen wyrzutu śpiew na melodię nieokreśloną za to na zaimprowizowane słowo: "Oooo, Breentaanoo, rymujesz się ze śmietaną!" - po czym odkryć, że to niestety my śpiewamy.

Natomiast prawdą jest, że nie należy pić za dużo piwa, ponieważ
a) wyrabiamy w sobie wówczas niebezpieczną pro-piwną dyspozycję, przez co
b) upadamy moralnie,
c) porzucając Ambitne Wartości,
d) niepomni Wyższych Celów, które kiedyś mieliśmy,
e) a także pogrążamy się w bezideowej nędzy.

A Sherlock przestrzega Was, bo sam w piwne odmęty upadł (a,b), Cele i Wartości porzucił (c,d) i dopiero dzięki własnym swym dydaktycznym blogom w duszy odpomniał (~e), jak Ważną Ideą w jego życiu jest Whisky.

Morał z naszej historii jest ten, że Sherlock to taki drogowskaz, który wskazuje drogę, żeby się nie zgubić.

Oraz - taki moralik na marginesie - że istnieje co najmniej pół świata (z przypisu** ;).


*1 Mini-glossa filozoficzna (zwana odtąd filgloską): Nie można szkodzić czemuś, czego nie ma, a zdrowia nie ma ewidentnie. Correct me if I am wrong, ale w historii filozofii dominuje jedna sugestia co do tego, po czym poznajemy takie rzeczy, które są.
Otóż, po tym właśnie, że je poznajemy. Ja nawet nie wnikam, czy ktoś z Was kiedykolwiek osobiście zdrowy się czuł, ale czyście przynajmniej zdrowie na oczy z daleka widzieli?
No właśnie.
(Jeżeli ktokolwiek odpowiedział twierdząco, to tylko znaczy, że nie czytał w życiu żadnej pozycji w rodzaju "Lekarz domowy"... Nie mówię, że zachęcam, ale wiele można się o swojej nędznej kondycji ludzkiej z takowych lektur dowiedzieć...)
Co prawda, u Plantingi na przykład jest taka opcja egzystencjalna jak "esencja nieegzemplifikowana" i zważywszy, że zdrowych ludzi w świecie rzeczywistym nie ma, wydaje się to niezłym rozwiązaniem naszej ontologicznej zagwozdki. Ale zwróćmy uwagę, że zdrowie uzyskuje wówczas status zbliżony do obecnego króla Francji, który od czasów Russella i tak jest już łysy - no i powiedzcie, tak z ręką na sercu, bardzo nas to boli, że alkohol mu szkodzi? A niech się chłopina przynajmniej zabawi...

**Filgloska nr 2:
No cóż, co do istnienia kaca, to na mocy filgloski nr1, wątpliwości żywić akurat nie można... I już chcielibyście jęknąć z goryczą, ale niech filozofia przyniesie Wam pociechę!
Pamiętacie Moore'a z ostatniego posta? Że wystarczy wykazać istnienie dwóch rzeczy, a udowodnimy istnienie świata ? Wszak kac, który, przyznajmy, znacznie bardziej dobitnie nam się w swoim istnieniu narzuca niż jakaś tam ręka czy inna kończyna, to już połowa sukcesu!
Zatem następnym razem, zanim sięgniecie po tę aspirynę, uświadomcie sobie, jak doniosłe metafizycznie jest Wasze cierpienie.

Friday, 1 February 2008

Dowód na istnienie świata zewnętrznego w akademiku

To jest prawa ręka Sherlocka.

A to jest lewa ręka Sherlocka.

Ale o istnieniu świata zewnętrznego to się zaraz facet z pokoju obok przekona jak mu tymi rękami Sherlock kark skręci za puszczanie disco od rana.

Moralna nędza solipsyzmu - czego facet pewnie zrozumieć już nie zdąży - polega na tym, że nie wierzy się, że za ścianą może leczyć ból głowy bardzo zmęczona sąsiadka.

A nasza historia poucza, dlaczego większość filozofów twierdzi, że solipsyzm jest stanowiskiem niebezpiecznym.


*Na wypadek, gdyby dziadek Moore gdzieś tam Wam z głowy wyleciał: idea była taka, że istnienie świata zewnętrznego można uznać za udowodnione, jeżeli istnieją co najmniej dwa przedmioty. I pokazał Moore jedną rękę i pokazał drugą i, prawdę mówiąc, do dziś nie wiadomo, czy on się tak wygłupił na serio czy z premedytacją...

Thursday, 31 January 2008

Wstęp Ideologiczny

Blog ten ma, o dziwo, jeszcze mniejsze filozoficzno-literacko-uniwersalistyczne ambicje niż heterousia.blogspot.com i podejrzewam, że największą uciechę będą czerpali z niego long-suffering Sherlocka Krewni-i-Znajomi.

Co nie znaczy, że jego powstanie nie jest wyrazem głęboko w Sherlocku zakorzenionych instynktów dydaktycznych. Przeciwnie. Sherlock od dawna podejrzewał, że ma w sobie potencjał, by Nauczać Ludzkość i to Na Własnym Przykładzie. Taktyka dydaktyczna Sherlocka sprowadza się bowiem do idei: pokazać im jak mają NIE robić, a będzie żyło się lepiej. Wszystkim. Jedna z podtaktyk zaś polega na wykonywaniu różnych rzeczy, które opatrzone są notką "tylko nie próbujcie tego w domu" i następnie na życzliwym tłumaczeniu innym, dlaczego dokładnie próbować tego w domu nie należało.

Ale dydaktyka to nie wszystko, więc możecie się tu spodziewać nie tylko grochu z kapustą, ale i całych jezior whisky, co najmniej jednego jamnika a także, no nie ukrywajmy, wątpię czy uda się bez filozofii...

P.S. Z góry i z dołu przepraszam za anglicyzmy. Będzie ich więcej. Nie, nie dbam o czystość rodzimej naszej polskiej mowy, za to czytam stanowczo za dużo Conan Doyle'a...