Showing posts with label Sherlock H.. Show all posts
Showing posts with label Sherlock H.. Show all posts

Thursday, 28 January 2010

Wybór Sherlocka i co teraz będzie...

Po pierwsze, to będzie od dziś na niebiesko, bo na ruziowo to byłaby jednak przesada (Sherlock przeprowadził eksperyment naoczny i skoro on tego nie wytrzymał, to nikt poza nim tym bardziej nie dałby rady). Po drugie, w ogóle coś jeszcze będzie, a przyznajcie, że już prawie uwierzyliście, że nie będzie. Sherlock w każdym razie wierzył... Po trzecie, i w to to z kolei nie uwierzycie, nie będzie już o Sherlocku H. Mało tego, Sherlock H. zostanie nawet częściowo wymazany z historii blogu, być może łącznie z notkami o Basilu i Jeremym, które prawdopodobnie brutalnie Sherlock wytnie stąd całkiem. Czy pozwolicie zatem Sherlockowi K. na ostatni, pożegnalny o Sherlocku H. akapit?
Związek Sherlocka K. z Sherlockiem H., odkąd ujawniony został na blogu i pod pręgierzem opinii publicznej postawiony, coraz to tragiczniejsze przechodził koleje. Pojawiały się, naturalnie, i życzliwe głosy - i za każde ciepłe słowo padłe z ust (?) tych głosów dziękuje Sherlock serdecznie, były one jak świetliki w mrocznym jarze nietolerancji i wzgardy. Jednak przyjazne te szepty zagłuszały okrzyki pełne potępienia. "Niech robi Sherlock K. z tym Sherlockiem H., co chce, tylko czy musi się z tym tak afiszować?" - pytały wymownie. "A liczyłem na coś ciekawego..." - kwitowały szyderczo komunikaty, że Miłości swojej poświęci Sherlock jeszcze kilka notek. "Nie doczytałem tego nawet do końca" - wyznawały bez cienia żenady, z wyrzutem wręcz i tonem wyrażającym urażone uczucia religijne. Nie zliczy Sherlock K. wszystkich szyderstw, przymówek i drwin, które znieść musiał w imię uczucia zakazanego, ileż razy wpychano go z powrotem do szafy, ile prób podjęto, by ekspresję uczucia owego ograniczyć. Wszystko znosił Sherlock K. z godnością osobistą, ostatnio jednak miarka się przebrała. Opowiadał właśnie Bliskiej Osobie o notce na temat najnowszego filmu, którą zamieścić zamierzał na blogu, gdy nagle Osoba Owa weszła mu łagodnie w słowo: "Dobrze, dobrze - mruknęła Osoba, tonem, w którym mieszało się pobłażanie i życzliwe, acz poważne napomnienie. - A jak tam twój doktorat?".
Tej zniewagi znieść Sherlock K. w pokorze już nie zamierzał. Osobę zastrzelił, naturalnie, fochem, ale to sprawy nie załatwiało. Sherlock K. podobne głosy postanowił raz na zawsze uciszyć. Wyjść rozważał wiele.
Po pierwsze, mógł sfochać się na amen i w solidarności z obiektem swojej pasji, a otoczenia szyderstw z godnością zniknąć wszystkim z nietolerancyjnych oczu (widać "the world was not ready for us" - jak powiedziałby Sherlock H.). To jednak oznaczałoby poddanie się presji, ucieczkę, niepisanie bloga w ogóle, a co gorsza, w konsekwencji, konieczność zajęcia się doktoratem.
Po drugie, mógł robić swoje i udawać, że nie słyszy. Byłoby to jednak wyjście podłe, niskie i tchórzliwe, bo Sherlock głuchy nie jest i tak, owszem, domaga się dla swojego związku z Sherlockiem H. nie tylko milczącej tolerancji, ale wręcz entuzjastycznej akceptacji.
Rozważał też, po trzecie, by rozważać ten problem w nieskończoność, co miałoby tę zaletę, że już nigdy nie musiałby się zabrać do doktoratu, ale i tę wadę, że nie miałby ani frajdy z pisania o Sherlocku H. ani satysfakcji z demonstracyjnego o nim niepisania.
I ten ostatni kłopot nakierował go na wyjście właściwe, śmiało zasadzie niesprzeczności się sprzeciwiające*. Otóż od dziś zamierza Sherlock K. zarówno frajdę mieć z publicznego Sherlocka H. obpisywania, jak i satysfakcję z dumnego na jego temat przed Wami milczenia. Wartością dodaną tego rozwiązania jest to, że tak w ogóle to milczeć przed Wami nie zamierza, co oznacza, że teraz przed pokusą zajęcia się doktoratem będą go chronić aż trzy lepsze zajęcia.
A obpisywać będzie Sherlock K. Sherlocka H. w miejscu specjalnie dla niego przygotowanym, tam teraz publicznie spożywać będą kolacje przy świecach i nieskończone przy tej okazji o aktorach, scenarzystach, ilustracjach, diagnozach, wydaniach, lokomotywach, fajkach, Watsonach i opowiadaniach prowadzić długie nocne rozmowy. Gniazdko to nazywać się będzie sherlockista.wordpress.com i cieszy się trochę Sherlock, że nikt z Was dobrowolnie tam nie zajrzy, bo do pokazywania gościom jeszcze nie bardzo się nadaje ;)

Tu, na starych śmieciach będą natomiast Sherlocka K. kolejne przygody, filgloski oraz porady, jak w życiu postępować nie należy.
Kilka spostrzeżeń w temacie "jak nie pisać doktoratu" już nawet w tej notce dałoby się znaleźć...




---
* Filgloska: Nie można o czymś zarazem pisać i nie pisać w tym samym czasie i pod tym samym względem. Nic Arystoteles nie wspomina o "w tym samym blogu".

Saturday, 20 June 2009

O tym, dlaczego wybuchła II wojna światowa... Zresztą... Po prostu BASIL.

Dzisiejszy wpis dedykuję nieżyjącemu już niestety Richardowi Valleyowi, twórcy najcudowniejszego z forów o Sherlocku (patrz linki) oraz fontannie wiedzy na temat filmów z Rathbone'em i Bruce'em. Wydanie tych filmów z jego komentarzami polecam każdemu wielbicielowi kina lat 40 w ogóle. Tak, posiadam i udostępniam ;)




To jedna z tych notek, w wypadku których brak wstępów, tłumaczeń, dlaczego akurat ten temat i przygotowywania Czytelników na to, co nastąpi, sam w sobie jest wstępem, uzasadnieniem i samowytłumaczającą się eksplanacją.


Oto Ten (The) Marmurowy Profil Basila Rathbone'a,


bez wątpienia najsłynniejszy profil Sherlocka H. w dziejach.



No, może oprócz tego:

;)


Nieprzedstawiony tu Basila Rathbone'a profil prawy okrył się nieco mniejszą sławą, a szkoda, bo w niczym lewemu nie ustępuje.
W wypadku Basila w ogóle trudno mówić o ustępowaniu czegokolwiek czemukolwiek. To znaczy, niewątpliwie, nie przystoi mi po ostatniej notce - http://przygodysherlockak.blogspot.com/2009/06/o-tym-dlaczego-nalezy-uwazac-notka-pena.html - nie zaznaczyć, że choć na temat tego, czy to Brett czy też Rathbone zasłużył na miano "the definitive Sherlock Holmes" nie milknie zażarta dyskusja pokoleń holmesologów i do licznych dochodzi rękoczynów* i rozwodów, ustępuje Boski Basil Jedynemu Jeremy'emu. Ustępuje mu jednak na takiej trochę zasadzie, na której najlepsza nawet Lavazza ustąpi schłodzonemu Absolutowi Ruby Red. Jedno i drugie to szlachetna rozkosz podniebienia, zachwycająca zwłaszcza o zachodzie (lub wschodzie) słońca (lub księżyca), ale genre zdecydowanie nie ten sam.
Analogię tę można łatwo pogłębić. Rathbone - zdaniem Sherlocka K. przynajmniej, Wy osądźcie sami - nie uzależnia w sposób tak dramatyczny jak Brett, nie dociera do samego serca widza serca, nie zamracza umysłu, pamięci o innych Sherlockach nie wymazuje, nie rozpala emocji trudnych do okiełznania ani łez spod przymkniętych ze wzruszenia powiek nie wyciska. Uśmiech jego to przyjemność estetyczna niewątpliwa, ale nie dowód na to, że świat jest lepszym miejscem niż nam się jeszcze przed chwilą zdawało. Rathbone'a, jednym słowem, się nie kocha. A jednak nie znajdziecie ani jednego Holmesisty, który Rathbone'a otwarcie by nie lubił - przynajmniej Sherlock jeszcze nigdy na taką opinię w bezkresnym Holmesowym Internecie nie natrafił.
Jest to wszelako zjawisko z pewnych powodów zaskakujące i sympatia w wielu orto-holmesyjnych kręgach bolesna, niosąca ze sobą wręcz posmak zakazanego owocu.
O ile bowiem Basil Rathbone z wyglądu, głosu, manier, zachowania i wręcz urodzenia (choć w egzotycznym RPA ;) na Holmesa nadawał się wprost rewelacyjnie, o tyle Duch Dziejów najwyraźniej przeczuwał narodziny Bretta, bowiem uniemożliwił mu stanowczo to, by kiedykolwiek zagrał Sherlocka Prawdziwego. Czytelnik musi mi w tym miejscu przyznać, że o takiej przyczynie wybuchu II wojny światowej jeszcze nie słyszał, prawda?
Trzeba tu powiedzieć, że Holmesiści należą do nielicznych szczęśliwców, którzy rok 1939 kojarzą z czymkolwiek radosnym - wtedy bowiem powstały filmy, bez których świat byłby dziś zupełnie inny. The Adventures of Sherlock Holmes oraz The Hound of the Baskervilles, starring Basil Rathbone as Sherlock Holmes and Nigel Bruce as Doctor Watson. Sherlock nie może sobie odmówić...



...wszyscy, którzy znają to uczucie, kiedy po latach ogląda się początki jakiejś Wielkiej Przygody** (członkom innych bliskich sercu fandomów poleca Sherlock wyszperanie oryginalnego trailera do Gwiezdnych Wojen albo poczytanie fragmentów presokratyków), wiedzą, jak drżącą ręką wstawiał tu Sherlock zdjęcie tego wspaniałego plakatu. Wtedy nie tylko powstały dwa pierwsze filmy z Serii czternastu, ale narodziła się para, która w popularnej wyobraźni do dziś funkcjonuje jako Holmes i Watson.
Wysoki, drętwy nieco i wyniosły detektyw o szlachetnej aparycji oddającej nieskalany ludzką cechą charakter i wszelkich możliwych zdolnościach, jakie posiąść może amerykański heros bez przebierania się za pająka lub nietoperza oraz uroczy skądinąd, acz wątły na ciele i umyśle staruszek, którego każdy z nas chciałby mieć w charakterze pradziadka od wspólnego popijania domowych nalewek i długich, bełkotliwych nieco i niekoherentnych rozmów przy choince o młodzieńczych wyczynach ciotecznej babci Antosi. Bruce-Watson doczekał się zresztą na holmesologicznych forach homeryckiego niemal epitetu. Jak Hektor to rycerz w lśniącym szyszaku, tak Bruce to "mumbling-bumbling" doctor, a po zastanowieniu nie sposób też mu odmówić miana nieco "krowiookiego".
Ten skandalicznie niekanoniczny obraz naszego doktora, który raz na zawsze, wbrew wszelkim wysiłkom wielu innych cudownych aktorów podejmujących tę rolę***, wrył się w pop-świadomość jako John H. Watson, MD, to jednak dopiero pierwszy z powodów, dla których filmom z Rathbone'em do ortodoksji daleko.
Drugi to taki, że w roku 39 zdarzyło się też parę innych rzeczy, które świat odmieniło, zwłaszcza zaś odmieniły serię filmów o Holmesie i Watsonie. Te pierwsze dwa, wyprodukowane jeszcze przez XXth Century Fox, zrealizowano jako bądź co bądź ekranizacje Conan Doyle'a (choć Adventures przy najlepszej woli określić można jako "na motywach" ;) ), jako kostiumowe filmy w wiktoriańskim sztafażu. W roku 1942 sprawy zaszły już za daleko, produkcję Holmesów z Rathbone'em przejął Universal Pictures i nie można było sobie pozwolić na historyczną beztroskę. Holmes przesiadł się z dorożki do samochodu, a nawet samolotu i w przerwach między rozwiazywaniem szpiegowskich afer i ratowaniem świata wygłaszał patriotyczne apele wojenne. Choć te akurat filmy z oczywistych względów okazały się najbardziej ze wszystkich nieudane, uwspółcześnienie kinowych Sherlocków przyniosło przynajmniej jedną fascynującą konsekwencję: gdy wszystkim znudziło się już oglądanie wojny jeszcze i na ekranie, Sherlocki z Rathbone'em i Bruce'em przybrały klasyczną niemal formę rozkwitającego wówczas kina noir. Rathbone zaś po wiktoriańskim supermenie i angielskiej odpowiedzi na agenta Klossa przemienił Holmesa w bystrzejszą i lepiej dogoloną wersję Sama Spade'a, czasem popijającego egzystencjalną whisky w jakimś podejrzanym lokalu gastronomicznym (średniej klasy), Bruce tymczasem zaczął potykać się o własne nogi w mrocznych zaułkach, gdzie łatwo oberwać po głowie obciążoną pończochą.
Czytelnicy mogą się teraz dziwić, dlaczego w ogóle taki barbarzyńca, jak piękny by jego profil nie był, uchodzi za aktora, który grał Sherlocka Holmesa, a nie jakiegoś detektywa o tym samym nazwisku?
Największy paradoks całej tej smutnej wojennej zawieruchy w dziejach Rathbone'a-Holmesa i świata wciąż jeszcze przed nami. Wtedy właśnie, w tych mrocznych czasach, parę wiktoriańskich dżentelmenów z epoki gazowych latarni wykorzystało do kojenia powszechnych lęków radio. O tym, jak bardzo świat wówczas takich właśnie Holmesa i Watsona potrzebował świadczy wiersz Vincenta Starretta wydany w 1942 roku:

221B
Here dwell together still two men of note
Who never lived and so can never die:
How very near they seem, yet how remote
That age before the world went all awry.
But still the game’s afoot for those with ears
Attuned to catch the distant view-halloo:
England is England yet, for all our fears–
Only those things the heart believes are true.

A yellow fog swirls past the window-pane
As night descends upon this fabled street:
A lonely hansom splashes through the rain,
The ghostly gas lamps fail at twenty feet.
Here, though the world explode, these two survive,
And it is always eighteen ninety-five.

Ta ostatnia fraza, Here it is always 1895, tak mocno weszła do codziennego języka Holmesistów, że mało kto uświadamia sobie, skąd naprawdę się wzięła. Sherlockowi K. nieodmiennie kojarzy się z serią radiowych audycji z Bruce'em i Rathbone'em, które w mroku początku lat czterdziestych pozwalały radiosłuchaczom na kilka chwil sentymentalizmu. Tu musi podzielić się zupełnie bezcennym linkiem do cudownego miejsca, gdzie wielu z tych audycji można posłuchać za darmo, razem z obowiązkowymi nieznośnie amerykańskimi reklamami niejakiego Petri wine i okazjonalnymi patriotycznymi uwagami Watsona http://www.oldtimeradiofans.com/template.php?show_name=Sherlock%20Holmes . A paradoks polega tu na tym, że Holmes i Watson głosami z dawnego, chyba lepszego i nieodwołalnie utraconego świata byli już wówczas, gdy pisał o nich Conan Doyle. Opowiadania o Sherlocku tak doskonale nadawały się na pożywkę dla wojennej utopii retrospektywnej dokładnie dlatego, że utopijne tony ukrył w nich z premedytacją sam autor. Gdy Conan Doyle wydawał w Strandzie opowiadania o Sherlocku, stateczna epoka późnowiktoriańska należała już do przeszłości, wszędzie instalowano elektryczność, hansom cabs już nie jeździły a porządek świata dawno legł w gruzach. I tak oto sztuczne, naiwne, groteskowe często scenariusze audycji o "nowych przygodach" Holmesa i Watsona zupełnie niezależnie od zamierzeń autorów w jakiś sposób oddały najgłębsze intencje autora oryginałów, oddały atmosferę minionego już, ale ciepło wspominanego wieku (względnej) niewinności. Że wieku takiego nigdy nie było, to już naturalnie zupełnie inna sprawa - ale to z kolei można, znów paradoksalnie, zobaczyć tylko w takich Holmesa adaptacjach, które pozostają ściśle oryginałom wierne.
A Basil Rathbone, choć papierowy często i naiwny, zawsze będzie tym, który do spółki z poczciwym dziadkiem Doktorem, baśń o dawnym dobrym 1895 roku przechowają.

Myślę, że zasłużył, żeby na zakończenie puścić mu ponoć jedną z ulubionych jego piosenek ;) :



---
*Sherlock to się czasem cieszy, że pewien jego przyszywany (patrz poprzednia notka) Brat w holmesologicznych kwestiach nie żywi żadnych poglądów, oprócz takiego, żeby mu Sherloczek przestał o tych nudach truć...
** Holmesistom poleca Sherlock poczytanie/wysłuchanie/obejrzenie A Study in Scarlet... tak, tego fragmentu, jak Holmes poznaje Watsona... Nie ma tak złej interpretacji tego akurat fragmentu, która uczciwemu Sherlockiście tych łez nie wyciśnie...
*** Sherlock nie czyni tu długiej dygresji na temat wspaniałych Watsonów Bretta, zwłaszcza zaś przyjaciela jego sir Edwarda Hardwicke'a, bo oni także zasłużyli na notkę zupełnie oddzielną, zwłaszcza zaś na taką notkę zasługuje sam problem tego, jaki powinien być Watson kanoniczny.

Friday, 19 June 2009

O tym, dlaczego należy uważać... Notka pełna przestróg i Holmesa.

Tych drogich Czytelników, którzy weszli tu, bo liczą na to, że będzie o seksie, z góry Sherlock przeprasza. W tym temacie uważać każdy głupi potrafi a temu, że czasem może nie wyjść zgodnie z planem nawet najbardziej ostrzegawcze notki nie zaradzą.
Czy zdarza Wam się już od samego początku znajomości czuć, ba!, wiedzieć, że nad Waszym życiem zawisła ciemna chmura i dla dobra Waszego i świata powinniście trzymać się od danej osoby jak najbardziej z daleka? Intuicja Sherlocka leniwa jest co prawda i przeważnie śpi smacznie ignorując najdziksze Sherlocka poczynania, zdarzyły się jednak trzy takie wypadki, kiedy budziła się z krzykiem i to krzykiem przestrogi. "Sherloczku, nie idź tą drogą!" - ostrzegała złowieszczo, a Sherlock, oczywiście, trzykrotnie pokpił sprawę i tak właśnie poznał swojego ukochanego Mistrza, przyszywaną Rodzinę* oraz najwspanialszego Sherlocka H. w dziejach telewizji, radia, kina, teatru i papieru.
Dziś będzie o tym trzecim.
Gdyby Sherlock K. ograniczył się do maniakalnego słuchania audiobooków na pierwszych latach studiów, to byłby dziś po prostu maniakiem audiobooków, Wy nie czytalibyście tej notki, a Rodzina Sherlocka i jego przyjaciele mieliby życie weselsze i uboższe o wiele sherlockistycznych nudziarstw. Sherlock poleca serdecznie przepięknie zrealizowane nagrania Davida Timsona i zwłaszcza Douglasa Wilmera (ten ostatni wystąpił również w bardzo oficjalnych, ale pełnych uroku adaptacjach na ekranie, w parze z Nigelem Stockiem). Te majestatyczne głosy o tylu barwach dobranych dla różnych postaci... Te późnowiktoriańską angielszczyzną pisane historie, nieśpiesznie rozwijające się na Waszych uszach... Kwieciste narracje staruszkowatego i ciapowatego Watsona, konkretny, godny i nieodmiennie chłodny głos genialnego detektywa. Dedukcje, kalkulacje, zagadki. A Sherlock K. zawsze żałował tylko, że tak strasznie mało jest w tych historiach ludzi, a ta słynna Holmes-Watson przyjaźń to w zasadzie udana spółka znudzonego emeryta i maszyny do rozwiązywania zagadek. I trwałby Sherlock zapewne w tym popularnym dość przekonaniu do dziś, wolny i szczęśliwy, nie budząc się nigdy w nocy o czwartej nad ranem, bo nie przeczytał najnowszego wątku na forum holmesian.net (albo bo Guy Ritchie kręci straszliwą jakąś produkcję z Sherlockiem w tytule i... i... nie chce Sherlock tego bolesnego tematu poruszać) - gdyby nie to, że pewnego dnia znalazł w bibliotece kasety jakieś stare z jakąś telewizyjną ekranizacją Holmesa z lat 80.
Włączył. REDH.**Patrzy, patrzy... Na ekran wbiega wariat. Zupełny wariat. Znerwicowany kretyn jakiś. W trakcie rozmowy prycha, pohukuje, świsty wydaje. Śmieje się (śmieje! Holmes?!) jak narkoman. Przesadza kanapę w pogoni za Watsonem (!!). Głos ma skrzekliwy, rrr wibrujące.
A potem nagle wskakuje (!) na fotel i zastyga w milczeniu, rzekomo rozwiązując słynny "three-pipe-problem"... No, popatrzcie sami:


Czy tak wyobrażaliście sobie wielkiego Sherlocka H.? Przysiadającego z butami w fotelu, spiętego, jak gdyby zaraz miał się zerwać do biegu? A gdzież godność, stateczność, słynny spokój tego wyzbytego ludzkich cech komputera?
Sherlock w każdym razie aż do owego dnia - o ile w ogóle wyobrażał sobie ten wielki umysł w jakiejkolwiek cielesnej formie - widział go w formach znacznie bardziej marmurowych. I dlatego zerwał się z oburzeniem od ekranu telewizora, by dla ukojenia nerwów pooglądać oryginalne ryciny Pageta, z pierwszych wydań opowiadań o Sherlocku H. w The Strand.
I wtedy jego oczom ukazał się Sherlock Prawdziwy prosto z czasów agenta Watsona, sir Arthura Conan Doyle'a...


Sherlock K. też nie potrafił wskazać tu choćby trzech znaczących różnic.*** Zaklął raz jeszcze pod nosem i obejrzał kolejny odcinek, choć intuicja krzyczała "nieeee". FINA. Obejrzał i przypatrzył się temu całemu Brettowi z nieco mniejszym obrzydzeniem. No, w sumie, jak by się uprzeć, całkiem znośnie to zagrał... Zobaczyć Holmesa-człowieka, Holmesa zdenerwowanego z papierosem to pewne zaskoczenie****, ale może i rzeczywiście blisko kanonicznego tekstu? Zresztą, w FINA Holmes ginie, jak wiadomo, w związku z czym nie można po FINA natychmiast nie obejrzeć na pociechę EMPT, co oznacza, że - dziwak nie dziwak - trzeba dać gościowi co najmniej jeszcze jedną szansę...
Trzy odcinki później myślał już Sherlock K., że jest zgubiony całkowicie i bez pamięci. Mylił się. Zgubiony był dopiero, gdy do biblioteki przywieziono nową dostawę Brettów. W niej serie ostatnie.
A na ekranie zamiast nadaktywnego, aroganckiego wariata ukazał się wariat schorowany, stary i złamany. Holmes, który mimo całego geniuszu bez Watsona zginąłby marnie i przepadł. Holmes dręczony szaleństwem i koszmarami (My mind is like a racing engine, tearing itself to pieces because it is not connected up with the work for which it was built - TWIS). Holmes, o niepowtarzalnym, gorzkim poczuciu humoru. Holmes, którego subtelna mimika zdradza tysiące emocji. Holmes-dziecko, które nie umie przegrywać. Holmes-starzec, który boi się, że zrobił już w życiu wszystko, co ważne i nic mu nie pozostało. Holmes-artysta z wszystkimi tego konsekwencjami. Holmes który w Kanonie ukryty jest na dziesiątym planie, w najdrobniejszych aluzjach, łatwo przegapianych opisach, nigdy dość wyraźnie nie wydobywany na powierzchnię. Nigdy przez nie-maniaków niezauważany.
I wtedy właśnie Sherlock znów oderwał się do ekranu, by sprawdzić, czy ktoś oprócz niego TO zobaczył, TEGO Holmesa poznał - i, przede wszystkim, czy ktoś wie, kim jest TEN CAŁY Brett?
Ktoś wiedział. Sherlock natomiast nie wiedział co czyni, w gąszcz Brettowskiego fandomu się zapuszczając. Żeby aktor miał grupkę oddanych wielbicieli, piszczące panny klejące składanki na jutiubie, bandę rozdziawionych czternastolatków, chcących być takim samym maczo albo towarzystwo koneserów sławiących jego wybitny talent - to wszystko jest sprawą powszechnie spotykaną. Jeremy Brett, właśc. Jeremy Huggins zdobył serca fanów w sensie zupełnie dosłownym. Ostatnie serie Holmesów to kawał jego własnej biografii. Jego własne choroby - psychiczne, które u samego Holmesa bez trudu daje się zdiagnozować, i fizyczne. Jego wspaniała przyjaźń... z filmowym Watsonem. I jego uśmiech, który do dziś potrafi rozświetlić oddanym fanom najbardziej ponury dzień (Sherlock z wzruszoną ręką na sercu poleca niezawodny klip: http://www.youtube.com/watch?v=HKXdnMtHOqk ). Od wspomnień, legend, dawnych żartów i wygłupów nieodżałowanego Jeremy'ego pęcznieją fora, strony i książki. Aby nie przywodzić przygnębionych czytelników do samobójstwa, autor jednej z bardzo smutnych biografii Bretta zakończył książkę na pocieszenie wesołą anegdotą, o tym, jak to Jeremy wysłał kiedyś w odruchu rozpaczy list z wyrazami uwielbienia do samego siebie. W liście prosił "najwspanialszego odtwórcę roli Holmesa" (przystojniejszego od samego Rathbone'a!) o zdjęcie z autografem. Nieco skonsternowany przyjaciel, któremu Brett się pochwalił, zapytał go, czy odpisał samemu sobie. „David, I may be mad - but I‘m not barking mad! In any case, the bugger didn‘t send a stamped addressed envelope!“ - odparł Jeremy.
Brett był tak wspaniałym Holmesem jakim był prawdopodobnie dlatego, że, uczuciowy, ciepły i sentymentalny, a zarazem poważnie cierpiący, do stereotypowego obrazu Sherlocka nie pasował wcale. Sam twierdził, że na widok Holmesa ("the damaged penguin!") przeszedłby na drugą stronę ulicy. I tak niechcący trochę zrealizował ideę Holmesa w stopniu tak doskonałym, że całą teorię idei podważającym. Pokazał Holmesa tak żywego, tak skomplikowanego i tak ludzkiego, jakiego Conan Doyle sam ledwie we własnym stworzeniu przeczuwał. Równie niechcący zrujnował życie niejednemu Sherloczkowi, który na zawsze już utonął w holmesologii i brettfanii, a teraz zamiast oddawać się tłumaczeniu powieści religijnych prowadzi obiecaną holmesangelizacyjną misję ;)
Następna notka... chciał Sherlock obiecać, że nie będzie o Holmesie, ale zobaczymy jeszcze, czy się powstrzymać zdoła ;)


... a tak w peesie na marginesie... czy nie macie wrażenia, że nad Waszym życiem zawisła ciemna chmura i już nigdy nie powinniście na tego bloga wracać?


---
*"Przyszywanie" nie oznacza tu braku więzi genetycznych - bo te są i są ewidentne, o ile oczywiście z fenotypów wnioskować można - tłumaczy natomiast znakomicie potrzebę solidnego znieczulenia, które niezbędne było do zawiązania Rodzinnych relacji Sherlocka. Istnieje hipoteza, że do dziś Rodzina znieczula się już wyłącznie w płonnej nadziei, że za którymś razem uda się te szwy rozerwać...

** Skoro już i tak propaguje Sherlock K. bezczelnie sherlockizm i holmesizm, to równie dobrze może propagować je profesjonalnie, wraz z przyjętymi powszechnie w literaturze przedmiotu skrótami ;) Dla wygody i poczucia Bycia Wtajemniczonym stosują holmesiści zamiast pełnych tytułów opowiadań i powieści czteroliterowe ich skróty. Przeważnie są to po prostu cztery pierwsze litery, ale dla ułatwienia polecam naprawdę zainteresowanym Czytelnikom następujący link: http://www.sherlock-holmes.org/atlas/abbreviations.html .

***Dydaktyczny obowiązek nie pozwala mi nie zwrócić uwagi Czytelników na fajkę Sherlocka na obu fotografiach. Nie jest to ta grubaśna, wykrzywiona faja, której oczekiwaliście, prawda (Sherlock uprzejmie przeprasza za dwuznaczny wydźwięk tego pytania)?


Powszechnie z Sherlockiem (przez amatorów i barbarzyńców, naturalnie) kojarzony typ fajki nazywa się calabash i nie ma o nim żadnej wzmianki w Kanonie. Przeciwnie. Wiemy, że detektyw w rzeczywistości palił mocny tytoń w długich i prostych fajkach - takich prosto z ryciny Pageta. Miał Sherlock w szczególności taką z drzewa wiśniowego... Do rzeczy. Dlaczego zatem taka właśnie fajka na zawsze przykleiła się do znanego orlego profilu Sherlocka H.? Według powszechnie uznawanej teorii, za sprawą aktorów - mniej niż nasz bohater Jeremy Brett kanonicznych. Podobno zresztą fajkę tę łatwo jest trzymać samymi wargami, co zostawia aktorowi wolne ręce. W szczególności zawinili Wiliam Gillette (http://www.sherylfranklin.com/sh-gillette.html) i Basil Rathbone. Trzeba im jednak, moi drodzy, tę nieścisłość wybaczyć. Pierwszy z nich to w ogóle pierwszy aktor, który grał Holmesa ever. Wybaczyć należy mu, zasadniczo, wszystko. Drugi, to legenda, która jeszcze kiedyś dorobi się na tym blogu swojego wpisu, a na razie cieszy się taką sławą, że nie widzę potrzeby zamieszczania żadnego szczególnego linka do jednej z miliona stron mu poświęconych. Boskiego profilu Basila też nie mogę niestety zamieścić - nie wypada, w notce poświęconej Jeremy'emu - więc mogę jedynie Czytelników obu płci i wszelkich upodobań zachęcić do powzdychania do niego we własnym zakresie ;) I wtedy zrozumiecie, dlaczego jemu też należy wybaczyć...

**** O tym, co stało się potem, czytaliście już na tym blogu http://przygodysherlockak.blogspot.com/2008/10/0644-0757-albo-o-tym-dlaczego-sherlock.html ).


Tuesday, 28 April 2009

O tym, dlaczego Sherlock nie będzie pisał bloga o jeździe na rolkach.. i o czym będzie dalej..

Bo wiecie, są takie blogi w Sieci, które są o Czymś Szczególnym. O polityce na przykład albo o stanikach. I są blogerzy, którzy w Sieci nie prowadzą życia tylko tak sobie skrobią o ciekawych rzeczach dla pożytku gawiedzi tudzież własnego i gugla (reklamy).
Każdy z nas takie profesjonalne blogi codziennie ogląda. Japonki_męskie.blogspot.com, dajmy na to. Spis kategorii w szwach pęka,  japonki na przestrzeni dziejów; japonki do opery, czy wypada?, gdzie kupić w Krakowie, pochodzenie, historia, konserwacja podeszwy, japonki świata, forum, wreszcie sklep online, reklamy google...
... a że autor ma na drugie Histiozaur (babcia się uparła), studiuje zaocznie aksjologię curlingu (rzut czajnikiem do celu fascynował go odkąd w dzieciństwie ciocia oblała go szklanką melisy) i co dzień nad ranem zaczaja się w krzaczorach przy Parku Krakowskim w samych japonkach i wielkim różowym szlafroku, żeby wychynąć nagle z okrzykiem "Jam jest Bóg Twój!" i wystraszyć na śmierć jakiegoś biednego studenta wracającego do domu po imprezie - o tym nikt by nigdy nawet nie pomyślał.
Sherlock niezmiernie szanuje tematyczne blogi oraz ich dyskretnych autorów, którzy prywatność swoją cenią i na pośmiewisko w necie nie wystawiają, a frajdą z blogowania przecież nie mniej od Sherlocka się cieszą, google-analytics bawią się nie gorzej i jeszcze sobie pisaniną na google-adsach dorabiają - a na blogu Sherlocka reklamę mógłby zamieścić chyba tylko Polmos.
Kiedy zatem zdarzyła się Sherlockowi kolejna długa przerwa w blogowaniu, ogarnęła go myśl, by wreszcie Coś w Swoim Życiu Zmienić, a że akurat ma do zrobienia potworną ilość tłumaczenia, w pierwszym rzędzie pomyślał o blogu.
Ha, duma więc Sherlock, to ja zacznę od nowa. Profesjonalnie, bezosobowo i tematycznie. Koniec z podejrzanymi wywodami o treści mentalnej i bezsilnymi żartami z filozofii. Koniec z alkoholowym ekshibicjonizmem. Koniec z żalami emigranta (to ostatnie choćby dlatego, że już Sherlock do ojczyzny na dobre i na złe wrócił ;) ). Koniec z wstydliwym upychaniem po kątach sherlockistycznych dywagacji. Koniec z bezobciachowym pozwalaniem sobie na dziwolągi językowe, anglicyzmy i Rodzinny idiolekt! Nowy blog Sherlocka będzie poważny, pożyteczny i po... no, jakieś trzecie na PO określenie sami sobie bez trudu domyślicie. Temat znaleziony już dawno, umiłowany i bliski, a dalej to już przecież pestka. Można zresztą potrenować na sucho... Hm...

Załóżmy, że Sherlock chce zrobić profesjonalny blog dla początkujących amatorów roleczków... Tfu! Rolek, znaczy.

Wpis pierwszy: 
ukhm...

"Zaczynamy przygodę z rolkami"

Po pierwsze, należy wybrać stosowne miejsce dla rozpoczęcia nauki (stosowne! jakie profesjonalne słowo, juhu! :) ). 
Nie powinna to być, na przykład, mała jedynka w Bursie Jagiellońskiej (1x1 m), po której Sherlock jeździł sobie pierwszego wieczora po zakupie, odbijając się na zmianę o łóżko i szafę, a po drodze relacjonując wrażenia przez gadu gadu z kompa na stole, bo... Bo... Hm... bo co właściwie... Bo mu się niewygodnie przy tym loda jadło?
Hm, no, najwyżej zaczniemy od czegoś innego...

Po pierwsze, należy zastanowić się, jakie są nasze oczekiwania (ooo!).
Czy chcemy wyczynowo zasuwać po Błoniach czy tak naprawdę, to chodzi nam o to piwko na rozbieg, na przerwę i na ugaszenie pragnienia po wyczerpujących dwóch długościach (tych krótszych)? Jeżeli myślimy, że o to pierwsze, to zastanówmy się jeszcze raz.
Hm... Może w ogóle zacznę lepiej od drugiego wpisu?

"Podstawy techniki rolkarza"

Jako rozsądni antylogicyści, antyfizykaliści a także w ogóle filozoficzni antyfundamentaliści [filgloska] stanowczo odrzucamy przekonanie, jakoby w technice dało się wyróżnić podstawy [długa filgloska]. A już na pewno nie sądzimy, że od podstaw należy próbować zaczynać (sowa Minerwy, [filgloska]). W ogóle zresztą nie wierzymy w "wiedzę jak" [filgloska], a "wiedzę że" mamy tylko taką, że wiemy, że zanim cudem naciągniecie wszystkie ochraniacze we właściwej kolejności i wstaniecie w rolkach z ławeczki, to bardziej doświadczone towarzystwo już dawno odjedzie wam w dal siną i siłą ambicji jakoś się za tym towarzystwem poturlacie (żeby ich nie zgubić w drodze na porolkowe piwo).
I to w zasadzie wyjaśnia, dlaczego wpisu trzeciego "O bezpiecznym upadaniu" nie będzie, bo siem Sherloczek wypierdolił i go kolanko boli :( TU! O, tu ma siniaczka.
...

Tak właśnie - zastanawiając się po drodze, czemu wyszło mu, że nie wierzy w "wiedzę jak", skoro wierzy w nią już bardziej niż w "wiedzę że" - doszedł Sherlock do wniosku, że profesjonalnego bloga ani o roleczkach ani na wymarzony swój temat jednak prowadził nie będzie... 
Ogłasza jednak, że już dziś zamierza wyjść z szafy i nie bojąc się pogardliwych spojrzeń i wymownych ziewów bez skrępowania temat swój wymarzony promować. Od dziś jest to zatem otwarcie sherlockistyczny blog konfesyjny, by nie rzec: misyjny.
Żegna się zatem Sherlock z holmesologicznym pozdrowieniem i zapowiada rychłe rozpoczęcie jawnej już holmesangelizacji.

P.S. Ale o roleczkach też jeszcze będzie ;)

Sunday, 5 October 2008

06:44-07:57 albo o tym, dlaczego Sherlock zginie marnie...

Jak większości Czytelników wiadomo, są takie trzy słowa, których przy Sherlocku wypowiadać nie należy: Holmes, Jeremy i Brett. Jeśli się nieopatrznie któreś z nich wypowie, można zginąć pod nawałą sherlockistycznych wywodów, sięgających od Kanonu sir Arthura Conan Doyle'a, przez debatę na temat obliczania odległości na podstawie obserwacji mijanych słupów telegraficznych, a kończących się, jeśli w ogóle, to na monologu o róży z niezapomnianego "Naval Treaty" z Jeremym Brettem w roli głównej.
Sherlock ma takie podejrzenie, że przyjaciele zaczęli nazywać go Sherlockiem głównie po to, by chociaż jedno z potencjalnie groźnych słów wyeliminować przez oswojenie - bo nawet Sherlock K. nie jest w stanie wybuchać potokiem sherlockistycznej wymowy za każdym razem, kiedy wołają go na wódkę.
Hey! You've got to hide your love away, powiedział sobie zatem Sherlock i przyjaciół Sherlockianami dręczyć przestał, a - spokojnie! - Czytelników drogich nie zamierza.
Post dzisiejszy służyć ma tylko wyjaśnieniu, dlaczego druga po filozofii pasja życia Sherlocka już wkrótce może spowodować, że zamilknie on nie tylko w tej sprawie.
Sherlock po raz pierwszy zapalił na poważnie po obejrzeniu siódmej minuty tego filmu (dokładne namiary w tytule). Po raz drugi, gdy się dowiedział, że Jeremy Brett już nie żyje.

A Sherlock zginie marnie oczywiście nie dlatego, że nikotyna szkodzi, a dlatego, że szkocki obyczaj, by niezbędną do piwa fajkę wypalać bez piwa, za to na deszczu i wietrze pod pubem, przyprawi go w końcu o zapalenie płuc.

Natomiast Brettowy wideo-pasek pojawił się na blogu po to, żebyście zawsze pamiętali, że tam, na youtubie, takich jak Sherlock K. maniaków są miliooony. I ktoś Was w końcu z tym wyliczaniem odległości ze słupów dopadnie...