Saturday, 18 September 2010

O tym, jak się nie przeprowadzać, zwłaszcza z Kartezjuszem... część pierwsza i prawdopodobnie ostatnia.

Jak powiedziałaby Rodzina Sherlocka, ten - przyznajmy, zaniedbywany na rzecz Sherlockistycznego pieszczoszka - blog nie jest tu dla przyjemności. Ani Sherlocka ani jego Czytelników. Ma on w pierwszym rzędzie, jak Czytelnicy być może pamiętają, służyć nauce i oświeceniu, a zwłaszcza odpowiedzi na pytanie "jak nie żyć?", udzielanej na gruncie filozofii oraz przesyconych nią doświadczeń Sherlocka osobistych. Kwalifikacje Sherlocka do prowadzenia takich dydaktycznych rozważań wzrosły bez porównania, odkąd związał się z wspominaną tu już kiedyś Ukochaną Osobą, która, naturalnie, sama od początku mogła się pochwalić własnym bagażem* filozoficznych doświadczeń. (Porównując owe bagaże Sherlock zaczął się nawet zastanawiać, czy już sam pomysł związku filozofki z filozofem nie powinien zasługiwać na uhonorowanie a conto przez kapitułę Nagród Darwina).
A jednak dopiero doświadczenie wspólnej z Ukochaną Osobą przeprowadzki skłoniło Sherlocka, by  dać Czytelnikom pierwszy malutki posmak tego nowego, zdwojonego bogactwa.

Jako że nic nie należy czynić bez porządku i metody (jak mawiał, o tak, tak właśnie, Sherlock Holmes), tak i Sherlock sięgnął po instrukcje do autora najsłynniejszych tego rodzaju przykazań.


Pierwszym było nie przyjmować nigdy żadnej rzeczy za prawdziwą, zanim jej nie poznam z całą oczywistością jako takiej: to znaczy unikać starannie pośpiechu i uprzedzeń i nie obejmować swoim sądem niczego poza tym, co się przedstawi memu umysłowi tak jasno i wyraźnie, iż nie miałbym żadnego powodu podania tego w wątpliwość.


Zaczęliśmy od starannego unikania pośpiechu, bo pewne uprzedzenia, na przykład "Na pewno będzie padać!" nie są do uniknięcia. Bez pośpiechu przeto (bo do 20 jeszcze caaaaały tydzień) jęliśmy pracować nad osiągnięciem umysłowej jasności i wyraźności co do zagadnienia, bowiem bez niej nie warto zerkać nawet w stronę kolejnych punktów metody.

Po pierwsze zatem, żaden filozof nie zabiera się do roboty, zanim nie ustali podstawowych przynajmniej definicji. Jest to po części przystosowanie o charakterze ewolucyjnym - około 98 procent dyskusji z innymi filozofami polega na radzeniu sobie z podstępnymi, ze złej woli zadawanymi i z gruntu absurdalnymi pytaniami w rodzaju "ale co właściwie rozumiesz przez absolutyzację inherentnej transfiguratywności symulakru"?!. Nie chcieliśmy się obudzić gdzieś z rękami w kartonach, dźgnięci w plecy partyjską strzałą pytania o to, co właściwie przez to rozumiemy.

Już pierwsze chwile pracy nad definicją pchnęły nas na nowe tory. "Przeprowadzkę uznajemy za udaną wtedy, gdy..."...
Zaraz, "udaną"? Przecież to tyle, co "fortunną", jak w teorii performatywnych aktów mowy? Sama  myśl o skonstruowaniu performatywnej teorii przeprowadzki wzbudziła w nas zrozumiały entuzjazm, co trzeba wyjaśnić z pomocą filgloski, wyjątkowo włączonej w tekst główny posta.
Otóż performatywne teorie różnych rzeczy to na ogół takie teorie, które głoszą, że jak się te rzeczy w odpowiednich okolicznościach powie, to wtedy nie tylko coś się powie, ale i coś się w świecie wydarzy.  Trzeba tylko powiedzieć to bardzo uroczyście, najlepiej z dodatkiem "Niniejszym", który znaczy mniej więcej tyle co suma "Teraz!" i "Howgh!". Typowymi przykładami są ślub i przeprosiny ("Niniejszym biorę sobie ciebie za żonę i niniejszym z góry przepraszam") oraz "Ja myślę ja istnieję, Howgh!".


Drugim - podzielić każde z rozpatrywanych zagadnień na tyle cząstek, na ile się da i ile będzie tego wymagać lepsze rozwiązanie.

To herkulesowe zadanie wymagało szczególnej subtelności w Platońskiej sztuce dialogu. Nie raz więc i nie dwa zasiadał Sherlock z Osobą w kuchni, by w skupieniu rozważać podziały, czastki i rozwiązania.
 - Książki możemy zapakować do kartonów a ciuchy do worków - mówił Sherlock.
 - Tak... - głos Ukochanej Osoby dobywał się z trudnością ze studni Jej zadumy. - Możemy książki do kartonów.
 - A tych worków przecież można dowolnie dużo mieć. Oddzielnie letnie, oddzielnie zimowe.
 - Tak... Oddzielnie...
 - Książek nie można za dużo do jednego kartonu, bo nie da się unieść potem.
 - Ale nie mamy kartonów.
 - Worków też nie.
 - Hm.
 - A jak Ci idzie z tym Kantem?
<...>
 - Musimy ustalić plan działania - zagajała nagle Ukochana Osoba, przygnieciona odpowiedzialnością.
 - Strategię! - dopowiadał Sherlock z równym przejęciem.
 - Myślę - nadmieniała Osoba tonem kogoś, kto sprawę poddał rozwadze - że trzeba będzie zamówić taksówkę bagażową.
 - ...o tak! - zgadzał się po chwili krytycznego namysłu nad opcją rower-przyczepka-i tak dziesięć kursów Sherlock.
 - To ja zrobię kawy.
<...>

Trzecim - prowadzić myśli po porządku, zaczynając od przedmiotów najprostszych i najłatwiejszych do poznania, aby następnie wznosić się pomału, jak gdyby po stopniach, aż do poznania bardziej złożonych; należy się przy tym domniemywać prawidłowych związków nawet między tymi, które nie tworzą naturalnego szeregu.


 - No to trzeba będzie zacząć już pakować te książki, żeby potem nie było na wariata, jeszcze tylko trzy dni - sugerowała rozsądnie Ukochana Osoba.
 - To idziemy do sklepu - bohatersko oświadczał Sherlock.
 - Po kartony.
 - I worki, tylko takie grubsze.
 - Taak.
 - Tylko ja nie wiem, czy oni mają kartony.
 - Może mają?
 - Ale może nie mają.
 - Czekaj, jak to było z możliwościami w tym aktualizmie Plantingi, co mówiłaś wczoraj?
 - (...) (...) (...) czyli rozumiesz, jeśli przyjmujemy takie esencjalistyczne założenia, to Plantinga każe  nasze niedoszłe możliwe kartony rozumieć w kategoriach esencji nieegzemplifikowanych!
 - No NIE!


Ostatnim - czynić wszędzie wyszczególnienia tak dokładne i przeglądy tak ogólne, abym był pewny, iż nic nie opuściłem.


 - Zacznijmy od początku. W tym pokoju jest może ze 120 książek... - zaczęła od początku Ukochana Osoba.
 - Jeszcze moja półka z Sherloczkami! - dodał nieco urażony Sherlock.
 - To sporo kartonów nie mamy.
 - Sporo - podkreślił Sh. z pewnym entuzjazmem.

Przecież fajnie mieć tyle książek.

I tym optymistycznym akcentem "niniejszym przeprowadzka" pary filozofów chwilowo się zakończyła. Gdyby kiedyś jeszcze doszło do dalszych interesujących etapów, niezwłocznie Sherlock Czytelników zawiadomi.
Wprawdzie podobno ktoś się ma do mieszkania Sherlocka niniejszym dwudziestego wprowadzić, ale ma w tej sprawie Sh pewne wątpliwości. No bo jak ktoś się tu ma wprowadzić, skoro wszędzie leży pełno jego, Sh, i UO gratów? Sh rozważał, co prawda, żeby z uprzejmości załadować parę książek do kartonów i zrobić miejsce na regale, ale to by oznaczało, że powinien po te kartony pójść. A czy jak się tak wyprowadzi zdanie o powinnościach ze zdań o faktach to nie ma potem z tego kłopotów?

Już bezpieczniej będzie powiedzieć przybyłym nowym lokatorkom, że niniejszym przeprowadzka, że fortunna, zali wżdy rzeczy przewiezione i że nas tu wcale nie ma, Teraz! Howgh!
Może się przestraszą i uciekną.

---
*"bagaż" należy tu rozumieć zupełnie dosłownie, jako coś bardzo ciężkiego, co przyprawia może częściej o ból głowy niż pleców, a od czasu do czasu zamienia się w Bagaż Pratchetta, dostaje setki małych nóżek i wszystkimi tymi nóżkami kopas nas w dupas.

Tuesday, 23 February 2010

Sherlock K. z dumą ogłasza...

że jego blog misyjny rusza dziś z hukiem i długaśną recenzją nowego filmu pod sherlockista.blogspot.com

(Na wordpressa ma Sherlock K. focha ;) )

Wednesday, 3 February 2010

O tym, jak być szczęśliwym i czy da się bez misia?

Ze specjalną dedykacją dla uczestników Warsztatów Heglowskich...

"Nie chcesz futrzaka na posadzkę???" - zapytał z wyrzutem właściciel Sherlocka**. - "Ja to mam białego niedźwiedzia takiego, przed kominkiem leży i jak tak misio, kominek, winko jakieś i ukochana osoba - mryg mryg - to wtedy dopiero jestem szczęśliwy. Dałbym wam tego futrzaka, to byście sobie mogli wyobrazić, że kominek też jest!". - Tu zerknął właściciel pytająco na Ukochaną Osobę Sherlocka, w poszukiwaniu wsparcia w argumentacji. Sherlock podążył za jego wzrokiem z pewnym niepokojem, ale Osoba, nawet jeśli żywiła jakieś mroczne względem niedźwiedzia pożądanie, to chwilowo nie wydawała się zdolna do jakichkolwiek wypowiedzi. Sherlock zaripostował zatem błyskawicznie, że on osobiście daje radę bez misia, winka i wyobrażonego kominka, nie potrafi natomiast szczęścia odnaleźć bez tej pralki, co nam ją obiecywałeś już dwa tygodnie temu, [mryg mryg], prawda? - i tą pralką zamknął właścicielowi usta odsyłając zarazem widmo misia na bezpieczną odległość.
Do czasu.
Miś zakontratakował, jak to mają niedźwiedzie w zwyczaju, znienacka***.

<dwa dni później>

Dalsze wypadki domagają się pewnej dygresji o charakterze metateoretycznym. (A może metablogowym. Autometatematycznym?) Otóż Sherlock od dawna zazdrościł serdecznie wszystkim autorom, którzy potrafią pisać o kacu, dowcipne wymyślając typologie i metafory ze stąpaniem białego ptactwa morskiego**** układając. Sherlock, niestety, musi stwierdzić, że gdy na kaca akurat nie cierpi, to ostatnią rzeczą, którą ośmieliłby się ryzykować byłoby wypisywanie czegokolwiek na temat Wielkiego Nieobecnego, bo a nuż kac uznałby to za wywołanie go z lasu i ni z tego ni z owego pojawiłby się, by dodać Sherlockowi inspiracji? Natomiast gdy inspiracji żywej, kolczastym imadłem na czaszce się zaciskającej, ma Sherlock pod dostatkiem, to i ochota na wędrówkę przez nieskończone pustynie pokoju, by następnie w oślepiającym blasku monitora wykuwać w klawiaturze dudniącymi młotami jakieś dowcipne notki jest zdecydowanie mniejsza niż ochota żeby po prostu opaść na poduszki i umrzeć lub doczekać, aż ktoś przyniesie Sherlockowi piwo, whichever comes first. Z tego też powodu nigdy nie wyszedł Sherlock poza prostacką nieco kaca typologię: "ooooszkurwa, piwaaa"/"ooooszkurwa, za późno"/"oooo."*****.
Szczególnie zazdrości zaś Sherlock bardziej kreatywnie do tematu podchodzącym autorom tego, że mogą oni dać upust swoim emocjom, gdy przydarzy im się kac oryginalny, konwencję białych mew łamiący.

Bo - i na tym dygresję zakończmy - takiż to właśnie kac spotkał Sherlocka ostatnio, gdy zdarzyło mu się umówić z Członkinią swojej niezastąpionej Rodziny. Jako że Członkini musiała wcześnie wrócić do domu celem rejestracji, Sherlocka zaś czekał wyjątkowo trudny i długi dzień, umówienie obejmowało "jedno piwo"****** po południu. Jedno piwo skończyło się bohatersko zaledwie na dwóch, w nagrodę Sherlock wpadł jeszcze do Członkini pomóc jej przy tym USOSie, a wiadomo, jak to jest: w USOSie czasu się nie liczy, żeby się nie wkurwiać i tak od rejestracji do rejestracji, cytrynówka, wiśniówka, grzaneczki z krakowską suchą, pracowicie mijała Rodzinna noc. Wrócił tedy Sherloczek od Członkini dość już nisko nad ranem, ze zmęczenia z najwyższym trudem po krętej ulicy Królewskiej manewrując. I nawet nie podejrzewał, co czeka go nazajutrz.

Czekało go zaś przebudzenie przez bardzo dobitną świadomość, że jednak nie należy obżerać się po nocy grzankami. To, moi Drodzy, szkodzi. Bardzo. Jak wyjaśnia dygresja, samego kaca Sherlock opisywać się nie podejmie, najbardziej interesujące było wszelako kaca towarzystwo. Otóż przyplątał się kac do Sherlocka nie razem ze stadem standardowych myszek czy różowych słoni, a w towarzystwie Białego Misia.
Nieszczęśliwego białego misia. Który, dodajmy dla ścisłości, miał w oczach tylko szare łzy.
Miś dzwonił Sherlockowi w uszach i cisnął się na usta. Wola, by zaśpiewać o jego niedoli opętała skacowaną duszę Sherlocka i tylko fakt, że do godziny, o której miał podjąć Sherlock Ważne Obowiązki pozostało niepokojąco mało czasu, powstrzymał jej artystyczną ekspresję.
Z Misiem pod ręką udał się zatem Sherlock wypełniać Obowiązki, a na miejscu z pewną zgrozą odkrył, że czeka go kilka godzin dość bezczynnego pobytu w sali wyposażonej w mikrofon oraz imponującą publiczność. Ilekroć przechodził Sherlock obok mikrofonu, resztkami sił zduszając w gardle strofy pieśni o niechcianym misiu, tylekroć przypominał sobie swoje twarde słowa. Nie, miś nie jest mi do szczęścia potrzebny... niech leży tam... samotny... nie, nie spojrzę, nie przypomni, nie przypomni... nie zaśpiewam, nie, NIE, NIEEEEEE...
Uratował Sherlocka fakt, że po okresie bezczynności przyszła pora na sześć godzin liczenia, sprawdzania, przekładania i przeliczania raz jeszcze z wpisem do bardzo małej migoczącej tabelki w Excelu a takie coś na kacu, przyznacie, bardziej niż do śpiewu skłania nas do natychmiastowego telefonu do rodziców z mordą: jak mogliście mnie począć i wydać na to pastwisko losu/padół goryczy?! Miś sobie poszedł, a Sherlock, już po wszystkim, poczołgał się do tramwaju, obojętny na losy wszystkich niedźwiedzi tego świata, choćby w oczach miały z żalu krew torturowanych przedstawicieli plemienia Na'vi.
Chwiejnym krokiem przekroczył próg domu i położył się w płaszczu na podłodze, pewien, że już nic gorszego tego dnia go nie spotka, zwłaszcza zaś ze strony Misia.

Mylił się.
Bo to był właśnie ten moment, gdy Ukochana jego Osoba, z której bohatersko zaciśniętych warg aż do owej chwili nie wydarło się nawet westchnienie skargi na bezduszną decyzję Sherlocka, w końcu dała upust tłamszonej tęsknocie.
"Hej dziewczyno...o-o... spójrz na misia...a-a..." - zanuciła rzewnie i Sherlockowi doprawdy nie pozostało nic innego, jak po odśpiewaniu pieśni do końca wykasować sobie numer właściciela z telefonu, żeby przypadkiem nie zadzwonić do niego z błaganiem o tego futrzaka na posadzkę.

Rany, no, ale w końcu na cholerę mu pralka... bez misia...

---
*filgloska nr 1: Hegiel był to znany bieszczadzki filozof (znany zwłaszcza kaowcowi w sanatoryjnym lokalu gastronomicznym wysokiej klasy Dedal i szczególnie podczas wieczorków zapoznawczych dla kuracjuszy, które polegają na zapoznawaniu kuracjuszy z uczestnikami Warsztatów Heglowskich). Jego Bieszczadzki Duch (genius loci), zaklęty w butelki pod skróconym tytułem Genius, wciąż sprzedawany jest w okolicznych sklepach w korzystnej cenie 8 złotych. Hegiel ustalił, między innymi, skąd bierze się treść doświadczenia percepcyjnego - patrz filgloska nr 2

**Właściciel mieszkania, w którym Sherlock mieszka - mimo wszelkich podobieństw do jamnika wciąż się Sherlock własnego właściciela nie dorobił.

***filgloska nr 2: Jak się wydaje, filozofowie dotąd nieco zbyt wiele uwagi poświęcali sprawom podstawowym: czy byt istnieje? jak byt istnieje? dlaczego istnieje raczej byt niż niebyt/nicość/odbyt/ku-byt? etc., a gdy już ustalili, że istnieje i że mniej więcej podobny jest do tego, co się danemu autorowi jawiło jako szczególnie doskonałe (kula, Bóg, flaszka zimnej Finlandii o smaku limonki), osiadali na laurach i mało kto doprawdy zadał sobie kluczowe zdaniem Sherlocka pytanie: GDZIE istnieje byt? Nie chodzi tu Sherlockowi o "gdzie" dekadencko fylozoficznie przerafinowane (na które odpowiedzią jest "w myśli", "w pojęciu" lub "no, tam, yyy, na zewnątrz"), a raczej o "gdzie" dosłowne jak dworzec kolejowy, Małkinia, Tłuszcz i Koluszki. O to "gdzie", które następnie może nam wyjaśnić wszystkie filozofii dramatyczne "dokąd" i "skąd" -"unde malum?", "skąd biorą się dane zmysłowe?" "dokąd tupta nocą jeż?" "A skąd ja mam to wiedzieć?!" Otóż właśnie w Bieszczadach ustalono dzięki pracowitej lekturze Hegla, że podobnie jak wspomniany atak białego niedźwiedzia, Pojęcie, drzewo na drodze zmęczonych uczestników wracających do domków przez las, zło, nagły brak Geniusa, także i treść doświadczenia percepcyjnego przychodzi zazwyczaj znienacka - i to w Nienacku należy zatem upatrywać głównego ośrodka bytu we wszechbycie.

****Sherlock celowo unika dosłownego przywołania wszystkim znanego tytułu, a to z powodu indeksowania google. Otóż nie chciałby, by do "przygód Sherlocka K." przyprowadziły gugle rzesze Czytelników pytających o "tupot białych mew". Ups.

*****Tu Sherlock po raz kolejny składa hołd autorowi jednej z ważniejszych maksym, jakie zna, a prywatnie - przypadkiem, naturalnie - również uczestnikowi Warsztatów Heglowskich, który pouczył go niegdyś, by postępował zawsze tak, aby nie dopuścić do sytuacji, w której kac wyprzedza klina.

****** "Jedno piwo" jest to błąd o charakterze gramatycznym, ponieważ piwo, wbrew pozorom, nie jest rzeczownikiem do końca policzalnym. To jest, można przy barze policzyć osoby, które piwo chcą i zgłosić następnie życzenie: "cztery, nie, yy, pięć... znaczy... wszyscy prosimy piwo". Można też liczyć piwa, które się wypija, ale wtedy piwo też nie jest "jedno", tylko ewentualnie pierwsze, drugie, trzecie, czwarte... yy, chyba piąte... no, w każdym razie troszkę już wypiliśmy... dalej to jakby mniej pamiętam...um, sorry, ale jak ty masz na imię?... a ja?...etc.
Można wreszcie liczyć NA piwo, ale wtedy to już na pewno nie na "jedno".

Friday, 29 January 2010

O tym, jak nie tłumaczyć, porady praktyczne, odcinek 1: przygotowania.

"Gdzie są moje torturki?!" - zapytał dziś Sherlock i błyskawicznie sformułował pierwszą poradę dla każdego tłumacza: nigdy nie zgubić jedynego egzemplarza oryginału. Torturki niestety rychło znalazły się w kuchni, niezręcznie upchnięte przez Sherlocka pod stertą pilniejszych spraw (książka o kryzysie, kubek po śmietanie, Wysokie Obcasy, czterodniowa sałatka, Lacan, krytyczne wydanie Sherlocków tom II, niezidentyfikowany obiekt zawierający kryształki oraz pozłacane sreberko, a także Wprost z zeszłego roku), co mocno zaniepokoiło Sherlocka, bowiem oznaczało, że być może będzie musiał się do tego tłumaczenia zabrać jeszcze dzisiaj.

Trzeba zaznaczyć, że "torturki" to nie jest pieszczotliwa aluzja do faktu, że do aktywności przyjemniejszych od tłumaczenia książek zalicza Sherlock kanałowe leczenie zębów wiertarką oraz depilację okolic intymnych przy pomocy biwakowego palnika na gaz (jedno i drugie robi przynajmniej fajne bzium!). "Pieszczotliwy" to jeden z tych przymiotników, który od zwrotów takich jak "przekładać książki" powinien stać w odległości co najmniej dwóch akapitów (por. "przyjemność" i "polska reprezentacja"). "Torturki" natomiast jest to szydercze zdrobnienie tytułu publikacji, którą już niebawem pozna świat po polsku jako "Historię tortur", Sherlocka najnowsza udręki przyczyna.

Jako się rzekło, znalazł Sherlock wyżej wzmiankowany obiekt, otworzył w miejscu, gdzie ostatnio skończył i rutynowe poczynił do pracy przygotowania.
Kawa, papieros, zaraz zaraz, może jeszcze zje sobie Sherlock obiad, papieros po obiedzie, kawa, drugi papieros, o, czekolada, w sam raz na deserek, papieros, zaraz, kawa się skończyła, Wysokie Obcasy w oczekiwaniu na zagotowanie się wody, rany, ale artykuł o muzeum Stalina, niesamowite, tylko co tu tak śmierdzi, papieros w oczekiwaniu na wywietrzenie się pomieszczenia po usunięciu spalonego czajnika, papieros w oczekiwaniu na zagotowanie się wody w drugim czajniku, to może przynajmniej tej kawy na spokojnie się napiję, jak człowiek, telefon, no, nie, niestety, dziś nie dam rady, nie odchodzę od komputera, papieros na ukojenie nerwów, że znowu zakłócili Sherloczkowi koncentrację - i już był zwarty i gotowy do pracy.

Już na tym etapie napotkał na pierwsze trudności, z którymi jako tłumacz mierzy się na co dzień.
Tu Sherlock prosi Czytelników o uwagę, bowiem zaczyna się część notki praktyczna i pojawią się obiecane porady.

Z ŻYCIA TŁUMACZA - CODZIENNE TRUDNOŚCI I JAK SOBIE Z NIMI RADZIĆ
ODCINEK I: PRZYGOTOWANIA

Po pierwsze zatem, nikogo nie było na skajpie.

(1) BRAK ROZMÓWCÓW NA KOMUNIKATORACH

Charakterystyka problemu:
Brakiem rozmówców nazywamy nie tylko taką sytuacje, gdy nie możemy zaczepić nawet koleżanki byłej znajomej kuzyna tego takiego faceta, zaraz, Wojtka?, chyba z naszego roku, którą przyjęliśmy do friendsów na fejsbuku po czwartym piwie, żeby mieć kogo spamować aplikacjami. Brak rozmówców jest terminem ściśle technicznym, oznaczającym brak konieczności/możliwości odpowiadania na wiadomości częściej niż raz na trzy minuty, ponieważ dopiero poniżej tej miary nie opłaca się przełączać na okno z plikiem i nie ma pokusy, by w przerwie między wymianą zdań coś przetłumaczyć.

Rozwiązanie:
Sherlock K. wielokrotnie próbował przeskoczyć ten problem (narastający zwłaszcza w godzinach, gdy normalni ludzie rzeczywiście pracują oraz między 2.30 a 7.00 rano) stosując technikę monologu zewnętrznego (kierowanego do określonej osoby z myślą o tym, jak się ucieszy rano, gdy włączy skajpa i dostanie 327 nowych wiadomości). Należy przy tym pamiętać, by monologować miarowo (pamiętamy: odstęp między wiadomością a wiadomością nie może przekroczyć trzech minut). W przypadkach skrajnych można uciec się do dzielenia zdania na pół lub dla wydłużenia odstępu zamiast do pliku zajrzeć na fejsbuka.

Niestety, dziś akurat na fejsbuku też nic się nie działo.

(2) NA FEJSBUKU NIC SIĘ NIE DZIEJE

Charakterystyka problemu:
W prawym dolnym biało, zero powiadomień. W Inboksie nie ma nawet spamu od grupy na rzecz niewycinania drzew w jakimś mieście, w którym kiedyś mieszkaliśmy, ale nie pamiętamy kiedy. W statusach znajomych jadłospis z kolacji oraz refleksje na temat imprez, na które owi znajomi właśnie - w przeciwieństwie do nas - się wybierają, a tak oburzającego marnotrawstwa czasu nie będziemy przecież zaszczycać nawet komentarzem. Widać nie każdy musi pracować tak ciężko jak my, no cóż. O, koleżanka po raz dwudziesty zamieszcza link do piosenki, której nie znosimy. Crazy Taxi się zacina, Mario w ogóle nie włącza. W Tetrisa nie chcemy, bo zaczęliśmy już śnić po nocach, jak grzebią nas żywcem nieobrócone w porę tetriminia. W skrócie: piekło.

Rozwiązanie:
Przede wszystkim nie wpadajmy w panikę. Sytuacja jest trudna i bolesna, to prawda, sprawa z fejsbukiem trochę nami wstrząsnęła i z pewnością w tym stanie nie zdołamy pracować nad trudnym przekładem, ale spróbujmy skoncentrować się chociaż na poprawieniu sobie nastroju. Siedzimy przed komputerem już od dobrej godziny i należy koniecznie dać odpocząć oczom. Idealnym rozwiązaniem będzie zajęcie naszej zestresowanej uwagi partnerem/współlokatorem, a jeśli on/ona niestety również zajęci są ciężką pracą nad jakimś tłumaczeniem, to przynajmniej psem/kotem/żółwiem/rybką akwariową/rośliną doniczkową, którą podlaliśmy ostatnio nieświeżą kawą z mlekiem i jesteśmy ciekawi, jaka pleśń na tym wyrośnie.

(Nie zapomnijmy sprawdzić, może ktoś się w międzyczasie na tym czacie do cholery pojawił; nasze oczy nie są w końcu na tyle zmęczone, żeby odmawiać bliskim kilku chwil rozmowy.)

Tym spośród Czytelników, którzy nie mają w domu żadnych żywych istot radzi Sherlock, żeby po prostu tyle nie sprzątali. Po pierwsze, w ten sposób oszczędza się czas, którego potrzebujemy przecież na pracę nad tłumaczniami, a po drugie, człowiek przestaje być taki samotny. Życie czeka na nas wszędzie; Sherlock K. tygodniami cierpliwie nie szorował kiedyś zlewu i wyrosła mu tam w nagrodę prześliczna roślinka.
Trudno jednak wymagać, by zestresowany tłumacz, który pragnie choć na chwilę oderwać się od presji obowiązków, cierpliwie czekał na pojawienie się w domu pierwszych karaluchów. W tej sytuacji Sherlock proponuje namysł: czy przekład nie idzie nam opornie, bo nękają nas inne jakieś, pilniejsze zadania, które koniecznie powinniśmy zakończyć zanim będziemy mogli zacząć tłumaczyć ze spokojną głową? Niestety, bywa i tak, że...

(3) ...NIE, NIE MA NIC OD TEJ CHOLERNEJ KSIĄŻKI PILNIEJSZEGO

Charakterystyka problemu:
Chociaż przeważnie prędko okazuje się, że przyczyną naszego stresu i rozkojarzenia jest zaległy list do kolegi w sprawie zebrania kółka wędkarskiego za miesiąc, zdarzają się i takie rozpaczliwe sytuacje, że wprawdzie innych zobowiązań znaleźlibyśmy z łatwością całą długą listę, to jednak tylko przekroczenie dedlajnu na przekład grozi nam hańbą, wstydem, awanturą, a zwłaszcza karą umowną w wysokości 0,5% za każdy dzień zwłoki, co po dniach 200 naprawdę zaczyna być kosztowne...

Rozwiązanie:

(No nie, ale poważnie wciąż nikogo nie ma na skajpie?! A wysondowaliśmy już, czy ci, którzy mają ikonkę niepodłączony nie są w istocie tylko pochowani i zbyt nieśmiali, żeby nas zaczepić?)

Czy domyślacie się już, drodzy Czytelnicy, w jakich okolicznościach pisuje Sherloczek nowe notki na blogu? Tak, to Wy jesteście Sherlockowi K. ucieczką i schronieniem, gdy wszyscy go opuszczą. To Wy, choćbyście o Sherlocku H. nic nie chcieli czytać, dostarczacie mu inspiracji i pomocnego oka. To pod Waszą wreszcie obronę ucieka się Sherlock K. przed torturkami.
Problem jest tylko wtedy, gdy

(4) ...NOTKĘ NA BLOGA JUŻ SIĘ NAPISAŁO

I rozumiecie, czemu założyć musiał Sherlock misyjnego bloga, na który już dziś koniecznie przygotować musi recenzję z pewnego filmu...

Thursday, 28 January 2010

Wybór Sherlocka i co teraz będzie...

Po pierwsze, to będzie od dziś na niebiesko, bo na ruziowo to byłaby jednak przesada (Sherlock przeprowadził eksperyment naoczny i skoro on tego nie wytrzymał, to nikt poza nim tym bardziej nie dałby rady). Po drugie, w ogóle coś jeszcze będzie, a przyznajcie, że już prawie uwierzyliście, że nie będzie. Sherlock w każdym razie wierzył... Po trzecie, i w to to z kolei nie uwierzycie, nie będzie już o Sherlocku H. Mało tego, Sherlock H. zostanie nawet częściowo wymazany z historii blogu, być może łącznie z notkami o Basilu i Jeremym, które prawdopodobnie brutalnie Sherlock wytnie stąd całkiem. Czy pozwolicie zatem Sherlockowi K. na ostatni, pożegnalny o Sherlocku H. akapit?
Związek Sherlocka K. z Sherlockiem H., odkąd ujawniony został na blogu i pod pręgierzem opinii publicznej postawiony, coraz to tragiczniejsze przechodził koleje. Pojawiały się, naturalnie, i życzliwe głosy - i za każde ciepłe słowo padłe z ust (?) tych głosów dziękuje Sherlock serdecznie, były one jak świetliki w mrocznym jarze nietolerancji i wzgardy. Jednak przyjazne te szepty zagłuszały okrzyki pełne potępienia. "Niech robi Sherlock K. z tym Sherlockiem H., co chce, tylko czy musi się z tym tak afiszować?" - pytały wymownie. "A liczyłem na coś ciekawego..." - kwitowały szyderczo komunikaty, że Miłości swojej poświęci Sherlock jeszcze kilka notek. "Nie doczytałem tego nawet do końca" - wyznawały bez cienia żenady, z wyrzutem wręcz i tonem wyrażającym urażone uczucia religijne. Nie zliczy Sherlock K. wszystkich szyderstw, przymówek i drwin, które znieść musiał w imię uczucia zakazanego, ileż razy wpychano go z powrotem do szafy, ile prób podjęto, by ekspresję uczucia owego ograniczyć. Wszystko znosił Sherlock K. z godnością osobistą, ostatnio jednak miarka się przebrała. Opowiadał właśnie Bliskiej Osobie o notce na temat najnowszego filmu, którą zamieścić zamierzał na blogu, gdy nagle Osoba Owa weszła mu łagodnie w słowo: "Dobrze, dobrze - mruknęła Osoba, tonem, w którym mieszało się pobłażanie i życzliwe, acz poważne napomnienie. - A jak tam twój doktorat?".
Tej zniewagi znieść Sherlock K. w pokorze już nie zamierzał. Osobę zastrzelił, naturalnie, fochem, ale to sprawy nie załatwiało. Sherlock K. podobne głosy postanowił raz na zawsze uciszyć. Wyjść rozważał wiele.
Po pierwsze, mógł sfochać się na amen i w solidarności z obiektem swojej pasji, a otoczenia szyderstw z godnością zniknąć wszystkim z nietolerancyjnych oczu (widać "the world was not ready for us" - jak powiedziałby Sherlock H.). To jednak oznaczałoby poddanie się presji, ucieczkę, niepisanie bloga w ogóle, a co gorsza, w konsekwencji, konieczność zajęcia się doktoratem.
Po drugie, mógł robić swoje i udawać, że nie słyszy. Byłoby to jednak wyjście podłe, niskie i tchórzliwe, bo Sherlock głuchy nie jest i tak, owszem, domaga się dla swojego związku z Sherlockiem H. nie tylko milczącej tolerancji, ale wręcz entuzjastycznej akceptacji.
Rozważał też, po trzecie, by rozważać ten problem w nieskończoność, co miałoby tę zaletę, że już nigdy nie musiałby się zabrać do doktoratu, ale i tę wadę, że nie miałby ani frajdy z pisania o Sherlocku H. ani satysfakcji z demonstracyjnego o nim niepisania.
I ten ostatni kłopot nakierował go na wyjście właściwe, śmiało zasadzie niesprzeczności się sprzeciwiające*. Otóż od dziś zamierza Sherlock K. zarówno frajdę mieć z publicznego Sherlocka H. obpisywania, jak i satysfakcję z dumnego na jego temat przed Wami milczenia. Wartością dodaną tego rozwiązania jest to, że tak w ogóle to milczeć przed Wami nie zamierza, co oznacza, że teraz przed pokusą zajęcia się doktoratem będą go chronić aż trzy lepsze zajęcia.
A obpisywać będzie Sherlock K. Sherlocka H. w miejscu specjalnie dla niego przygotowanym, tam teraz publicznie spożywać będą kolacje przy świecach i nieskończone przy tej okazji o aktorach, scenarzystach, ilustracjach, diagnozach, wydaniach, lokomotywach, fajkach, Watsonach i opowiadaniach prowadzić długie nocne rozmowy. Gniazdko to nazywać się będzie sherlockista.wordpress.com i cieszy się trochę Sherlock, że nikt z Was dobrowolnie tam nie zajrzy, bo do pokazywania gościom jeszcze nie bardzo się nadaje ;)

Tu, na starych śmieciach będą natomiast Sherlocka K. kolejne przygody, filgloski oraz porady, jak w życiu postępować nie należy.
Kilka spostrzeżeń w temacie "jak nie pisać doktoratu" już nawet w tej notce dałoby się znaleźć...




---
* Filgloska: Nie można o czymś zarazem pisać i nie pisać w tym samym czasie i pod tym samym względem. Nic Arystoteles nie wspomina o "w tym samym blogu".

Tuesday, 28 July 2009

Sherlock K. i Zemsta Lechonia

Dziewiętnaście miał lat Sherlock, kiedy ściągnął na siebie nieszczęście i raz na zawsze losy jego przesądzone zostały...
Ale po kolei.
Było piękne słoneczne popołudnie (a może i zresztą padało), tym piękniejsze, że gościł Sherlock u Mistrzyni swojej pierwszej jeszcze z ogrodów Likejonu. Był wówczas Sherlock osobą zgorzkniałą i stosownie do dojrzałego wieku cyniczną, gardził kolorem ruziowym, piwem i krajem nad Wisłą, sentymentów zaś nie uznawał ani w swoim ani w cudzym życiu.
"A wie Pani, co wyczytałam? - zagaił z szyderczym uśmiechem, bo kipiał wręcz, by się podzielić absurdalnym a niepojętym wymysłem jakiegoś autora z kulturalnego dodatku gazety. - Podobno Lechoń popełnił samobójstwo z tęsknoty za ojczyzną." I zaśmiał się Sherlock zimno i z politowaniem nad kondycją intelektualną owego wyżej wzmiankowanego przeżartego sentymentalizmem autora. Kim trzeba być, żeby choć wpaść na pomysł, że ktoś mógłby z takiego powodu wypaść z okna na dwunastym piętrze*... Sherlock, śmiertelnie podówczas przekonany, że kiedy dorośnie to zostanie brytyjskim country gentlemanem i resztę życia spędzi leniwie snując się konno po swoich włościach, a od czasu do czasu (pieszo lub łódką) po oksfordzkich krużgankach, z uczuć do ziemi ojczystej żywił wyłącznie ulgę, że czeka go świetlana przyszłość z daleka odeń.
Nie wiedział, że Zemsta już zawisła nad jego okoloną wciąż jeszcze warkoczem głową....
Zemsta jednak, jako się rzekło, zawisła i prawdę mówiąc długo wisiała sobie spokojnie jak niewyjściowy kapelusz na haku i nie rzucała się szczególnie w oczy. Nie powarkiwała głucho w odmętach świadomości niczym bestia w dżungli u Henry'ego Jamesa... Czaiła się za to na Sherlocka samego, cicha, podstępna i nieunikniona.
Emigracja Sherlocka odwlekała się tymczasem i odwlekała. Tu go nie chcieli, tam nie chciał Sherlock, tu trzeba studia kończyć, tam znowuż zaczynać, terminy zgłoszeń niknęły w kolejnych oddalach... Wreszcie stało się. Heroiczne były wysiłki Mistrza Sherlocka oraz Rodziny, która - w nadziei pozbycia się najdroższego Sherloczka przynajmniej na rok przecz z oczu -kibicowała gorliwie w szykowaniu papierów, nie pozwoliła przegapić kolejnych deadline'ów, przypomniała uprzejmie, skąd może Sherlock wziąć własny a nieużywany artykuł, lęki koiła i wszelkich dołożyła starań, by Sherlock z pomysłu wyjeżdżania aby tylko nie zrezygnował.
Co stało się potem - wiecie. Już fakt, że spóźnił się Sherlock na samolot o tydzień a mimo to jak na skrzydłach bynajmniej nie poleciał, smutny zapowiadał emigracji przebieg. Fakt, że planowany na czerwiec powrót przesuwał się stopniowo w stronę maja i kwietnia, by w rezultacie nastąpić dziesiątego marca sam w sobie komentarza nie wymaga. Do Czytelników dotarły jedynie subtelne i w humor owinięte sygnały o tym, że pobyt w Szkocji Sherlockowi nie służy tak jak mógłby (http://przygodysherlockak.blogspot.com/2008/09/o-tym-e-sherlock-jest-ju-prawie-et-i-o.html).

Pora odsłonić prawdę o Szkockich wypadkach. Nie mroczną - bo w Edynburgu nie ma wyrazistych kolorów. Nie przerażającą - bo emocje tam nie tyle usychają, co raczej gniją od wiecznej i wietrznej mżawki. Taką po szkocku beznadziejnie pochmurną.

Ci spośród Czytelników, którzy byli kiedyś w Egipcie lub wyjazdem w te strony się interesowali, słyszeli zapewnie o "zemście faraona". Wyjaśniam pokrótce niewtajemniczonym, że nie chodzi tu bynajmniej o serię tajemniczych śmierci odkrywców grobu Tutenchamona, lecz o pospolitą przypadłość, która nęka nad Nilem większość przyjezdnych. Jak twierdzą przewodniki, bakterie jakieś endemiczne, (a może także, jak twierdzi Sherlock, wszechobecnie w miejscowościach turystycznych panujący syf) nieuchronnie wywołują rozstrój europejskich żołądków.

Gdybyż Zemsta Lechonia rzucała się tylko na żołądek... Pół roku niestrawności znieść nie było łatwo, ale na Wyspach akurat łatwo ją sobie przynajmniej wytłumaczyć. Ten haggis, panie, to nie dla ludzi jedzenie jest w ogóle a i pies rozsądny tego nie tknie. Że ser Turek z polskich delikatesów też jakby niestrawny, to można z kolei wytłumaczyć nadwyrężeniem żołądka rybą z gąbczastymi kawałkami obsmażonych ziemniaków z pubu i jakoś dotrwać do wizyty w kraju...

Przez żołądek dotarła jednak Zemsta do serca Sherlocka a z serca wylała się czarnym strumieniem do oczu. I tak zatrutym wzrokiem patrzył Sherlock ponuro na uśmiechy fałszywe, na te spojrzenia lśniące jak szyld zamkniętego wucetu. I tak błąkał się wieczorową porą po parku, żeby na ławeczkach palić, skoro nigdzie nie wolno i szare oglądać wiewiórki. I wszystko było boleśnie prawie jak w Krakowie. A przecież zupełnie nie całkiem. Uczyli go filozofii, ale bez wszystkich klepek i wszystkich Arystotelesa kategorii. Wkrótce zaczął Sherlock budzić się w nocy, spocony i z krzykiem, bo śniło mu się, że nigdy tych brakujących klepek w IF UJ nie odszuka.
Mówili coś do niego w mowie Conan Doyle'a, bliskiej Sherlockowi od lat jego przed-szkolnych, ale Sherlock, Zemstą opętany, sprzedałby dzieła wszystkie Dorothy L Sayers, by posłuchać na żywo dwóch wierszy Słowackiego i niegramatycznie na skajpie pogadać. Sherlock, który niegdyś po angielsku chętniej pisał niż w języku trzech wieszczów, pokonywać musiał awersję, by wydukać w sklepie "Wyborowa please, the larger one, no, not Łyboroła, to się Vyborova czyta tumanie".

Tak oto i na tysiąc innych sposobów Zemścił się Lechoń na Sherlocku; straszył go w lodówce i w zlewie z dwoma tradycyjnymi kranami, wyglądał zza rogu, chlupał w wiecznych kałużach i dopadał w trakcie rozmowy w Tesco o pogodzie przy zakupie upiornie drogich papierosów.

Szkoci najwyraźniej na Zemstę przygotowani byli lepiej, bo dwunastego piętra rozsądnie w żadnym budynku Sherlockowi nie udostępnili; na siódmym okno było zamknięte na stałe.

To co z Sherlocka-emigranta zostało, sprowadziła Rodzina do domu. Do siebie wrócił Sherlock po dwóch miesiącach i jak to w bajkach bywa natychmiast beztrosko a bezczelnie o Zemście zapomniał. W Krakowie złe moce Sherlocka nie śmią się imać, a nawet gdy się imną, to tu gra Sherlock u siebie i niczym Anteusz siłę czerpię z każdego dotknięcia przybranej-matki-krakowskiej-ziemi.

Zemsta przyczaiła się tym razem w walizce. I z walizki wyskoczył Lechoń jak z pudełka ledwo zdążył ją Sherlock otworzyć w hotelowym pokoju w Budapeszcie...

Nie uratowała Sherlocka bliskość rodzinnego domu. Węgry dla Zemsty obczyzna gorsza niż Honduras. Nie uratował go termin krótki. Dwa tygodnie poza krajem wierzb, dzięcieliny, Żubrówki i Republiki to dla Zemsty w sam raz czas wystarczający, by życie Sherlockowi obrzydzić. W kwestii języka miała Zemsta pełne pole do popisu. A dohanyzas elzarja az arteriakat, szivrohamot es agyverzest okoz to pierwszy komunikat z paczki papierosów, który szczerze Sherlocka wystraszył.
I tak oto siedzi Sherlock drugi tydzień na węgierskim wygnaniu, tu, gdzie spać nie ma kiedy i nie wiadomo, jak się nazywa śmietana. Tu gdzie filozofowie rozmawiać chcą o problemie biszkoptowych okresów warunkowych, a po hotelu o trzeciej w nocy snuje się wielki Murzyn z kijem i jakiś znerwicowany Chińczyk, który długo wpatruje się w oczy każdemu automatowi i przemawia do niego szeptem, wrzucając monety tylko po to, by za chwilę je odebrać. Postukują trochę, jak tak chodzą. I chronicznie chrząkają**. Sherlock to się czasem cieszy, że sam nie jest znerwicowany, bo jeszcze przy tej Zemście to dostałby chyba halucynacji.
I cieszy się, że nie jest z nim jeszcze tak źle, żeby wyliczać sobie, że za 40 godzin jedzie do Krakowa.
***
O, Chińczyk zagląda do kosza na posegregowane śmieci. I nagle patrzy na mnie. Przenikliwie. Te skośne oczy... stęsknionego Lechonia...
***
___
* Sherlock zaznacza, że ma świadomość istnienia innych teorii co do przyczyn samobójstwa Lechonia... Opisane jednak wyżej wypadki skłaniają do namysłu... ;)

**Jak wiem, (http://przygodysherlockak.blogspot.com/2008/09/o-tym-po-co-pisze-si-bloga.html), niektórzy Czytelnicy będą tym wątkiem zainteresowani. Może w ogóle ten Chińczyk to mój czytelnik, może pragnąłby mnie o chrząkanie zagadnąć i dlatego tak nieśmiele okrąża mnie w milczeniu?

Saturday, 20 June 2009

O tym, dlaczego wybuchła II wojna światowa... Zresztą... Po prostu BASIL.

Dzisiejszy wpis dedykuję nieżyjącemu już niestety Richardowi Valleyowi, twórcy najcudowniejszego z forów o Sherlocku (patrz linki) oraz fontannie wiedzy na temat filmów z Rathbone'em i Bruce'em. Wydanie tych filmów z jego komentarzami polecam każdemu wielbicielowi kina lat 40 w ogóle. Tak, posiadam i udostępniam ;)




To jedna z tych notek, w wypadku których brak wstępów, tłumaczeń, dlaczego akurat ten temat i przygotowywania Czytelników na to, co nastąpi, sam w sobie jest wstępem, uzasadnieniem i samowytłumaczającą się eksplanacją.


Oto Ten (The) Marmurowy Profil Basila Rathbone'a,


bez wątpienia najsłynniejszy profil Sherlocka H. w dziejach.



No, może oprócz tego:

;)


Nieprzedstawiony tu Basila Rathbone'a profil prawy okrył się nieco mniejszą sławą, a szkoda, bo w niczym lewemu nie ustępuje.
W wypadku Basila w ogóle trudno mówić o ustępowaniu czegokolwiek czemukolwiek. To znaczy, niewątpliwie, nie przystoi mi po ostatniej notce - http://przygodysherlockak.blogspot.com/2009/06/o-tym-dlaczego-nalezy-uwazac-notka-pena.html - nie zaznaczyć, że choć na temat tego, czy to Brett czy też Rathbone zasłużył na miano "the definitive Sherlock Holmes" nie milknie zażarta dyskusja pokoleń holmesologów i do licznych dochodzi rękoczynów* i rozwodów, ustępuje Boski Basil Jedynemu Jeremy'emu. Ustępuje mu jednak na takiej trochę zasadzie, na której najlepsza nawet Lavazza ustąpi schłodzonemu Absolutowi Ruby Red. Jedno i drugie to szlachetna rozkosz podniebienia, zachwycająca zwłaszcza o zachodzie (lub wschodzie) słońca (lub księżyca), ale genre zdecydowanie nie ten sam.
Analogię tę można łatwo pogłębić. Rathbone - zdaniem Sherlocka K. przynajmniej, Wy osądźcie sami - nie uzależnia w sposób tak dramatyczny jak Brett, nie dociera do samego serca widza serca, nie zamracza umysłu, pamięci o innych Sherlockach nie wymazuje, nie rozpala emocji trudnych do okiełznania ani łez spod przymkniętych ze wzruszenia powiek nie wyciska. Uśmiech jego to przyjemność estetyczna niewątpliwa, ale nie dowód na to, że świat jest lepszym miejscem niż nam się jeszcze przed chwilą zdawało. Rathbone'a, jednym słowem, się nie kocha. A jednak nie znajdziecie ani jednego Holmesisty, który Rathbone'a otwarcie by nie lubił - przynajmniej Sherlock jeszcze nigdy na taką opinię w bezkresnym Holmesowym Internecie nie natrafił.
Jest to wszelako zjawisko z pewnych powodów zaskakujące i sympatia w wielu orto-holmesyjnych kręgach bolesna, niosąca ze sobą wręcz posmak zakazanego owocu.
O ile bowiem Basil Rathbone z wyglądu, głosu, manier, zachowania i wręcz urodzenia (choć w egzotycznym RPA ;) na Holmesa nadawał się wprost rewelacyjnie, o tyle Duch Dziejów najwyraźniej przeczuwał narodziny Bretta, bowiem uniemożliwił mu stanowczo to, by kiedykolwiek zagrał Sherlocka Prawdziwego. Czytelnik musi mi w tym miejscu przyznać, że o takiej przyczynie wybuchu II wojny światowej jeszcze nie słyszał, prawda?
Trzeba tu powiedzieć, że Holmesiści należą do nielicznych szczęśliwców, którzy rok 1939 kojarzą z czymkolwiek radosnym - wtedy bowiem powstały filmy, bez których świat byłby dziś zupełnie inny. The Adventures of Sherlock Holmes oraz The Hound of the Baskervilles, starring Basil Rathbone as Sherlock Holmes and Nigel Bruce as Doctor Watson. Sherlock nie może sobie odmówić...



...wszyscy, którzy znają to uczucie, kiedy po latach ogląda się początki jakiejś Wielkiej Przygody** (członkom innych bliskich sercu fandomów poleca Sherlock wyszperanie oryginalnego trailera do Gwiezdnych Wojen albo poczytanie fragmentów presokratyków), wiedzą, jak drżącą ręką wstawiał tu Sherlock zdjęcie tego wspaniałego plakatu. Wtedy nie tylko powstały dwa pierwsze filmy z Serii czternastu, ale narodziła się para, która w popularnej wyobraźni do dziś funkcjonuje jako Holmes i Watson.
Wysoki, drętwy nieco i wyniosły detektyw o szlachetnej aparycji oddającej nieskalany ludzką cechą charakter i wszelkich możliwych zdolnościach, jakie posiąść może amerykański heros bez przebierania się za pająka lub nietoperza oraz uroczy skądinąd, acz wątły na ciele i umyśle staruszek, którego każdy z nas chciałby mieć w charakterze pradziadka od wspólnego popijania domowych nalewek i długich, bełkotliwych nieco i niekoherentnych rozmów przy choince o młodzieńczych wyczynach ciotecznej babci Antosi. Bruce-Watson doczekał się zresztą na holmesologicznych forach homeryckiego niemal epitetu. Jak Hektor to rycerz w lśniącym szyszaku, tak Bruce to "mumbling-bumbling" doctor, a po zastanowieniu nie sposób też mu odmówić miana nieco "krowiookiego".
Ten skandalicznie niekanoniczny obraz naszego doktora, który raz na zawsze, wbrew wszelkim wysiłkom wielu innych cudownych aktorów podejmujących tę rolę***, wrył się w pop-świadomość jako John H. Watson, MD, to jednak dopiero pierwszy z powodów, dla których filmom z Rathbone'em do ortodoksji daleko.
Drugi to taki, że w roku 39 zdarzyło się też parę innych rzeczy, które świat odmieniło, zwłaszcza zaś odmieniły serię filmów o Holmesie i Watsonie. Te pierwsze dwa, wyprodukowane jeszcze przez XXth Century Fox, zrealizowano jako bądź co bądź ekranizacje Conan Doyle'a (choć Adventures przy najlepszej woli określić można jako "na motywach" ;) ), jako kostiumowe filmy w wiktoriańskim sztafażu. W roku 1942 sprawy zaszły już za daleko, produkcję Holmesów z Rathbone'em przejął Universal Pictures i nie można było sobie pozwolić na historyczną beztroskę. Holmes przesiadł się z dorożki do samochodu, a nawet samolotu i w przerwach między rozwiazywaniem szpiegowskich afer i ratowaniem świata wygłaszał patriotyczne apele wojenne. Choć te akurat filmy z oczywistych względów okazały się najbardziej ze wszystkich nieudane, uwspółcześnienie kinowych Sherlocków przyniosło przynajmniej jedną fascynującą konsekwencję: gdy wszystkim znudziło się już oglądanie wojny jeszcze i na ekranie, Sherlocki z Rathbone'em i Bruce'em przybrały klasyczną niemal formę rozkwitającego wówczas kina noir. Rathbone zaś po wiktoriańskim supermenie i angielskiej odpowiedzi na agenta Klossa przemienił Holmesa w bystrzejszą i lepiej dogoloną wersję Sama Spade'a, czasem popijającego egzystencjalną whisky w jakimś podejrzanym lokalu gastronomicznym (średniej klasy), Bruce tymczasem zaczął potykać się o własne nogi w mrocznych zaułkach, gdzie łatwo oberwać po głowie obciążoną pończochą.
Czytelnicy mogą się teraz dziwić, dlaczego w ogóle taki barbarzyńca, jak piękny by jego profil nie był, uchodzi za aktora, który grał Sherlocka Holmesa, a nie jakiegoś detektywa o tym samym nazwisku?
Największy paradoks całej tej smutnej wojennej zawieruchy w dziejach Rathbone'a-Holmesa i świata wciąż jeszcze przed nami. Wtedy właśnie, w tych mrocznych czasach, parę wiktoriańskich dżentelmenów z epoki gazowych latarni wykorzystało do kojenia powszechnych lęków radio. O tym, jak bardzo świat wówczas takich właśnie Holmesa i Watsona potrzebował świadczy wiersz Vincenta Starretta wydany w 1942 roku:

221B
Here dwell together still two men of note
Who never lived and so can never die:
How very near they seem, yet how remote
That age before the world went all awry.
But still the game’s afoot for those with ears
Attuned to catch the distant view-halloo:
England is England yet, for all our fears–
Only those things the heart believes are true.

A yellow fog swirls past the window-pane
As night descends upon this fabled street:
A lonely hansom splashes through the rain,
The ghostly gas lamps fail at twenty feet.
Here, though the world explode, these two survive,
And it is always eighteen ninety-five.

Ta ostatnia fraza, Here it is always 1895, tak mocno weszła do codziennego języka Holmesistów, że mało kto uświadamia sobie, skąd naprawdę się wzięła. Sherlockowi K. nieodmiennie kojarzy się z serią radiowych audycji z Bruce'em i Rathbone'em, które w mroku początku lat czterdziestych pozwalały radiosłuchaczom na kilka chwil sentymentalizmu. Tu musi podzielić się zupełnie bezcennym linkiem do cudownego miejsca, gdzie wielu z tych audycji można posłuchać za darmo, razem z obowiązkowymi nieznośnie amerykańskimi reklamami niejakiego Petri wine i okazjonalnymi patriotycznymi uwagami Watsona http://www.oldtimeradiofans.com/template.php?show_name=Sherlock%20Holmes . A paradoks polega tu na tym, że Holmes i Watson głosami z dawnego, chyba lepszego i nieodwołalnie utraconego świata byli już wówczas, gdy pisał o nich Conan Doyle. Opowiadania o Sherlocku tak doskonale nadawały się na pożywkę dla wojennej utopii retrospektywnej dokładnie dlatego, że utopijne tony ukrył w nich z premedytacją sam autor. Gdy Conan Doyle wydawał w Strandzie opowiadania o Sherlocku, stateczna epoka późnowiktoriańska należała już do przeszłości, wszędzie instalowano elektryczność, hansom cabs już nie jeździły a porządek świata dawno legł w gruzach. I tak oto sztuczne, naiwne, groteskowe często scenariusze audycji o "nowych przygodach" Holmesa i Watsona zupełnie niezależnie od zamierzeń autorów w jakiś sposób oddały najgłębsze intencje autora oryginałów, oddały atmosferę minionego już, ale ciepło wspominanego wieku (względnej) niewinności. Że wieku takiego nigdy nie było, to już naturalnie zupełnie inna sprawa - ale to z kolei można, znów paradoksalnie, zobaczyć tylko w takich Holmesa adaptacjach, które pozostają ściśle oryginałom wierne.
A Basil Rathbone, choć papierowy często i naiwny, zawsze będzie tym, który do spółki z poczciwym dziadkiem Doktorem, baśń o dawnym dobrym 1895 roku przechowają.

Myślę, że zasłużył, żeby na zakończenie puścić mu ponoć jedną z ulubionych jego piosenek ;) :



---
*Sherlock to się czasem cieszy, że pewien jego przyszywany (patrz poprzednia notka) Brat w holmesologicznych kwestiach nie żywi żadnych poglądów, oprócz takiego, żeby mu Sherloczek przestał o tych nudach truć...
** Holmesistom poleca Sherlock poczytanie/wysłuchanie/obejrzenie A Study in Scarlet... tak, tego fragmentu, jak Holmes poznaje Watsona... Nie ma tak złej interpretacji tego akurat fragmentu, która uczciwemu Sherlockiście tych łez nie wyciśnie...
*** Sherlock nie czyni tu długiej dygresji na temat wspaniałych Watsonów Bretta, zwłaszcza zaś przyjaciela jego sir Edwarda Hardwicke'a, bo oni także zasłużyli na notkę zupełnie oddzielną, zwłaszcza zaś na taką notkę zasługuje sam problem tego, jaki powinien być Watson kanoniczny.

Friday, 19 June 2009

O tym, dlaczego należy uważać... Notka pełna przestróg i Holmesa.

Tych drogich Czytelników, którzy weszli tu, bo liczą na to, że będzie o seksie, z góry Sherlock przeprasza. W tym temacie uważać każdy głupi potrafi a temu, że czasem może nie wyjść zgodnie z planem nawet najbardziej ostrzegawcze notki nie zaradzą.
Czy zdarza Wam się już od samego początku znajomości czuć, ba!, wiedzieć, że nad Waszym życiem zawisła ciemna chmura i dla dobra Waszego i świata powinniście trzymać się od danej osoby jak najbardziej z daleka? Intuicja Sherlocka leniwa jest co prawda i przeważnie śpi smacznie ignorując najdziksze Sherlocka poczynania, zdarzyły się jednak trzy takie wypadki, kiedy budziła się z krzykiem i to krzykiem przestrogi. "Sherloczku, nie idź tą drogą!" - ostrzegała złowieszczo, a Sherlock, oczywiście, trzykrotnie pokpił sprawę i tak właśnie poznał swojego ukochanego Mistrza, przyszywaną Rodzinę* oraz najwspanialszego Sherlocka H. w dziejach telewizji, radia, kina, teatru i papieru.
Dziś będzie o tym trzecim.
Gdyby Sherlock K. ograniczył się do maniakalnego słuchania audiobooków na pierwszych latach studiów, to byłby dziś po prostu maniakiem audiobooków, Wy nie czytalibyście tej notki, a Rodzina Sherlocka i jego przyjaciele mieliby życie weselsze i uboższe o wiele sherlockistycznych nudziarstw. Sherlock poleca serdecznie przepięknie zrealizowane nagrania Davida Timsona i zwłaszcza Douglasa Wilmera (ten ostatni wystąpił również w bardzo oficjalnych, ale pełnych uroku adaptacjach na ekranie, w parze z Nigelem Stockiem). Te majestatyczne głosy o tylu barwach dobranych dla różnych postaci... Te późnowiktoriańską angielszczyzną pisane historie, nieśpiesznie rozwijające się na Waszych uszach... Kwieciste narracje staruszkowatego i ciapowatego Watsona, konkretny, godny i nieodmiennie chłodny głos genialnego detektywa. Dedukcje, kalkulacje, zagadki. A Sherlock K. zawsze żałował tylko, że tak strasznie mało jest w tych historiach ludzi, a ta słynna Holmes-Watson przyjaźń to w zasadzie udana spółka znudzonego emeryta i maszyny do rozwiązywania zagadek. I trwałby Sherlock zapewne w tym popularnym dość przekonaniu do dziś, wolny i szczęśliwy, nie budząc się nigdy w nocy o czwartej nad ranem, bo nie przeczytał najnowszego wątku na forum holmesian.net (albo bo Guy Ritchie kręci straszliwą jakąś produkcję z Sherlockiem w tytule i... i... nie chce Sherlock tego bolesnego tematu poruszać) - gdyby nie to, że pewnego dnia znalazł w bibliotece kasety jakieś stare z jakąś telewizyjną ekranizacją Holmesa z lat 80.
Włączył. REDH.**Patrzy, patrzy... Na ekran wbiega wariat. Zupełny wariat. Znerwicowany kretyn jakiś. W trakcie rozmowy prycha, pohukuje, świsty wydaje. Śmieje się (śmieje! Holmes?!) jak narkoman. Przesadza kanapę w pogoni za Watsonem (!!). Głos ma skrzekliwy, rrr wibrujące.
A potem nagle wskakuje (!) na fotel i zastyga w milczeniu, rzekomo rozwiązując słynny "three-pipe-problem"... No, popatrzcie sami:


Czy tak wyobrażaliście sobie wielkiego Sherlocka H.? Przysiadającego z butami w fotelu, spiętego, jak gdyby zaraz miał się zerwać do biegu? A gdzież godność, stateczność, słynny spokój tego wyzbytego ludzkich cech komputera?
Sherlock w każdym razie aż do owego dnia - o ile w ogóle wyobrażał sobie ten wielki umysł w jakiejkolwiek cielesnej formie - widział go w formach znacznie bardziej marmurowych. I dlatego zerwał się z oburzeniem od ekranu telewizora, by dla ukojenia nerwów pooglądać oryginalne ryciny Pageta, z pierwszych wydań opowiadań o Sherlocku H. w The Strand.
I wtedy jego oczom ukazał się Sherlock Prawdziwy prosto z czasów agenta Watsona, sir Arthura Conan Doyle'a...


Sherlock K. też nie potrafił wskazać tu choćby trzech znaczących różnic.*** Zaklął raz jeszcze pod nosem i obejrzał kolejny odcinek, choć intuicja krzyczała "nieeee". FINA. Obejrzał i przypatrzył się temu całemu Brettowi z nieco mniejszym obrzydzeniem. No, w sumie, jak by się uprzeć, całkiem znośnie to zagrał... Zobaczyć Holmesa-człowieka, Holmesa zdenerwowanego z papierosem to pewne zaskoczenie****, ale może i rzeczywiście blisko kanonicznego tekstu? Zresztą, w FINA Holmes ginie, jak wiadomo, w związku z czym nie można po FINA natychmiast nie obejrzeć na pociechę EMPT, co oznacza, że - dziwak nie dziwak - trzeba dać gościowi co najmniej jeszcze jedną szansę...
Trzy odcinki później myślał już Sherlock K., że jest zgubiony całkowicie i bez pamięci. Mylił się. Zgubiony był dopiero, gdy do biblioteki przywieziono nową dostawę Brettów. W niej serie ostatnie.
A na ekranie zamiast nadaktywnego, aroganckiego wariata ukazał się wariat schorowany, stary i złamany. Holmes, który mimo całego geniuszu bez Watsona zginąłby marnie i przepadł. Holmes dręczony szaleństwem i koszmarami (My mind is like a racing engine, tearing itself to pieces because it is not connected up with the work for which it was built - TWIS). Holmes, o niepowtarzalnym, gorzkim poczuciu humoru. Holmes, którego subtelna mimika zdradza tysiące emocji. Holmes-dziecko, które nie umie przegrywać. Holmes-starzec, który boi się, że zrobił już w życiu wszystko, co ważne i nic mu nie pozostało. Holmes-artysta z wszystkimi tego konsekwencjami. Holmes który w Kanonie ukryty jest na dziesiątym planie, w najdrobniejszych aluzjach, łatwo przegapianych opisach, nigdy dość wyraźnie nie wydobywany na powierzchnię. Nigdy przez nie-maniaków niezauważany.
I wtedy właśnie Sherlock znów oderwał się do ekranu, by sprawdzić, czy ktoś oprócz niego TO zobaczył, TEGO Holmesa poznał - i, przede wszystkim, czy ktoś wie, kim jest TEN CAŁY Brett?
Ktoś wiedział. Sherlock natomiast nie wiedział co czyni, w gąszcz Brettowskiego fandomu się zapuszczając. Żeby aktor miał grupkę oddanych wielbicieli, piszczące panny klejące składanki na jutiubie, bandę rozdziawionych czternastolatków, chcących być takim samym maczo albo towarzystwo koneserów sławiących jego wybitny talent - to wszystko jest sprawą powszechnie spotykaną. Jeremy Brett, właśc. Jeremy Huggins zdobył serca fanów w sensie zupełnie dosłownym. Ostatnie serie Holmesów to kawał jego własnej biografii. Jego własne choroby - psychiczne, które u samego Holmesa bez trudu daje się zdiagnozować, i fizyczne. Jego wspaniała przyjaźń... z filmowym Watsonem. I jego uśmiech, który do dziś potrafi rozświetlić oddanym fanom najbardziej ponury dzień (Sherlock z wzruszoną ręką na sercu poleca niezawodny klip: http://www.youtube.com/watch?v=HKXdnMtHOqk ). Od wspomnień, legend, dawnych żartów i wygłupów nieodżałowanego Jeremy'ego pęcznieją fora, strony i książki. Aby nie przywodzić przygnębionych czytelników do samobójstwa, autor jednej z bardzo smutnych biografii Bretta zakończył książkę na pocieszenie wesołą anegdotą, o tym, jak to Jeremy wysłał kiedyś w odruchu rozpaczy list z wyrazami uwielbienia do samego siebie. W liście prosił "najwspanialszego odtwórcę roli Holmesa" (przystojniejszego od samego Rathbone'a!) o zdjęcie z autografem. Nieco skonsternowany przyjaciel, któremu Brett się pochwalił, zapytał go, czy odpisał samemu sobie. „David, I may be mad - but I‘m not barking mad! In any case, the bugger didn‘t send a stamped addressed envelope!“ - odparł Jeremy.
Brett był tak wspaniałym Holmesem jakim był prawdopodobnie dlatego, że, uczuciowy, ciepły i sentymentalny, a zarazem poważnie cierpiący, do stereotypowego obrazu Sherlocka nie pasował wcale. Sam twierdził, że na widok Holmesa ("the damaged penguin!") przeszedłby na drugą stronę ulicy. I tak niechcący trochę zrealizował ideę Holmesa w stopniu tak doskonałym, że całą teorię idei podważającym. Pokazał Holmesa tak żywego, tak skomplikowanego i tak ludzkiego, jakiego Conan Doyle sam ledwie we własnym stworzeniu przeczuwał. Równie niechcący zrujnował życie niejednemu Sherloczkowi, który na zawsze już utonął w holmesologii i brettfanii, a teraz zamiast oddawać się tłumaczeniu powieści religijnych prowadzi obiecaną holmesangelizacyjną misję ;)
Następna notka... chciał Sherlock obiecać, że nie będzie o Holmesie, ale zobaczymy jeszcze, czy się powstrzymać zdoła ;)


... a tak w peesie na marginesie... czy nie macie wrażenia, że nad Waszym życiem zawisła ciemna chmura i już nigdy nie powinniście na tego bloga wracać?


---
*"Przyszywanie" nie oznacza tu braku więzi genetycznych - bo te są i są ewidentne, o ile oczywiście z fenotypów wnioskować można - tłumaczy natomiast znakomicie potrzebę solidnego znieczulenia, które niezbędne było do zawiązania Rodzinnych relacji Sherlocka. Istnieje hipoteza, że do dziś Rodzina znieczula się już wyłącznie w płonnej nadziei, że za którymś razem uda się te szwy rozerwać...

** Skoro już i tak propaguje Sherlock K. bezczelnie sherlockizm i holmesizm, to równie dobrze może propagować je profesjonalnie, wraz z przyjętymi powszechnie w literaturze przedmiotu skrótami ;) Dla wygody i poczucia Bycia Wtajemniczonym stosują holmesiści zamiast pełnych tytułów opowiadań i powieści czteroliterowe ich skróty. Przeważnie są to po prostu cztery pierwsze litery, ale dla ułatwienia polecam naprawdę zainteresowanym Czytelnikom następujący link: http://www.sherlock-holmes.org/atlas/abbreviations.html .

***Dydaktyczny obowiązek nie pozwala mi nie zwrócić uwagi Czytelników na fajkę Sherlocka na obu fotografiach. Nie jest to ta grubaśna, wykrzywiona faja, której oczekiwaliście, prawda (Sherlock uprzejmie przeprasza za dwuznaczny wydźwięk tego pytania)?


Powszechnie z Sherlockiem (przez amatorów i barbarzyńców, naturalnie) kojarzony typ fajki nazywa się calabash i nie ma o nim żadnej wzmianki w Kanonie. Przeciwnie. Wiemy, że detektyw w rzeczywistości palił mocny tytoń w długich i prostych fajkach - takich prosto z ryciny Pageta. Miał Sherlock w szczególności taką z drzewa wiśniowego... Do rzeczy. Dlaczego zatem taka właśnie fajka na zawsze przykleiła się do znanego orlego profilu Sherlocka H.? Według powszechnie uznawanej teorii, za sprawą aktorów - mniej niż nasz bohater Jeremy Brett kanonicznych. Podobno zresztą fajkę tę łatwo jest trzymać samymi wargami, co zostawia aktorowi wolne ręce. W szczególności zawinili Wiliam Gillette (http://www.sherylfranklin.com/sh-gillette.html) i Basil Rathbone. Trzeba im jednak, moi drodzy, tę nieścisłość wybaczyć. Pierwszy z nich to w ogóle pierwszy aktor, który grał Holmesa ever. Wybaczyć należy mu, zasadniczo, wszystko. Drugi, to legenda, która jeszcze kiedyś dorobi się na tym blogu swojego wpisu, a na razie cieszy się taką sławą, że nie widzę potrzeby zamieszczania żadnego szczególnego linka do jednej z miliona stron mu poświęconych. Boskiego profilu Basila też nie mogę niestety zamieścić - nie wypada, w notce poświęconej Jeremy'emu - więc mogę jedynie Czytelników obu płci i wszelkich upodobań zachęcić do powzdychania do niego we własnym zakresie ;) I wtedy zrozumiecie, dlaczego jemu też należy wybaczyć...

**** O tym, co stało się potem, czytaliście już na tym blogu http://przygodysherlockak.blogspot.com/2008/10/0644-0757-albo-o-tym-dlaczego-sherlock.html ).


Friday, 15 May 2009

O tym, dlaczego Sherlock jednak nie zostanie ateistą...

Sherlock, który zawsze deklarował się filozoficznie poprawnie jako agnostyk*, musi wyznać, że niezmiernie zazdrości ateistom. Ateiści, to są, wbrew pozorom, ulubieńcy boga**. Ludzie, których obdarował bóg przez życzliwość czy nieuwagę łaską niewiary i nieświadomości. Niepoprawni optymiści. 

Oni Nie Wiedzą Jak To Jest.

Bowiem, jakkolwiek zaskakująco nie zabrzmi to wyznanie, Sherlock ostatnio czuje bożą obecność w swoim życiu i, bynajmniej nie w wyniku lektury forum Wychowanie w wierze, zaczyna się nawet robić lekko bogobojny***. Gdybyż to jeszcze bóg tak po prostu i prymitywnie Sherlocka nienawidził, wtedy byłoby oczywiście przykro, ale, jako że przewidywalność pomaga opanować lęk, życie przynajmniej stałoby się mniej skomplikowane. Na przykład, ograniczyłoby się do siedzenia w kątku i cierpliwego czekania, aż na suficie obluzuje się kawał tynku i spadnie Sherlockowi na łeb (cegła na ulicy już się oklepała). 
I są takie chwile, gdy ląduje Sherlock w nieznanym mieście bez portfela, komórki, dowodu, grosza, klina, fajki i widoków na powrót do domu... Gdy bóg podmienia mu datę biletu samolotowego z 12 maja na 14 lipca, co wychodzi na jaw w wylotu przeddzień... Gdy dopisuje po nocach, gdy Sherlock nie patrzy, nowe strony do powieści o biednej, świętej Indiance, którą Sherlock musi przetłumaczyć do czerwca... Gdy blokuje mu kartę kredytową z powodu dwóch złotych, gdy kasuje pół notki na bloga, podmienia pliki w komputerze jemu i jego znajomym, gdy wysyła go na rok studiów do Edynburga tylko po to, żeby wrócił Sherlock zbankrutowany finansowo, moralnie i filozoficznie, z kłopotami na dwóch uczelniach na raz, za to bez mieszkania w żadnym z trzech miast, w których oficjalnie mieszka... Gdy okrutnie wyżera z lodówki śmietanę, która miała być Sherlocka ostatnim pocieszeniem... w takich chwilach jest Sherlock bliski kapitulacji i powrotu do wiary, trochę w nadziei, że, może, jeśli się zdecyduje na ponowny chrzest, to go bóg z litości w chrzcielnicy utopi.

I wtedy właśnie bóg odpuszcza. Idzie na piwo. Wyjeżdża na wakacje (gdzieś bez dostępu do Sieci). Sherlock znajduje portfel w tym samym kebabie, w którym go niegdyś w środku nocy zgubił. Ktoś w ostatniej chwili pożycza pieniądze na przebukowanie biletu. Indianka szybciutko umiera za wiarę. Robi się tak ciepło, że można spać na Błoniach. Śmietana znajduje się w bucie za łóżkiem.
Oczywiście pierwsze sto dwadzieścia razy to się Sherlock dawał na to wszystko nabierać. Ustawiał sobie buńczuczne statusy i zacierał ręce. Witał się gąską i myślał, że teraz to już pójdzie. Dziwił się serdecznie, kiedy okazywało się dzień później, że portfel owszem, ale stówa do tyłu, lot wywalczony i tak odwołali, Indianka umiera ale na gruźlicę i na Czarodziejskiej Górze, na Błoniach psie gówna, śmietana skwaśniała a iPlus znowu odcina mu neta, podczas gdy bóg jedzie na szerokopasmowym.
Bo, moi drodzy, Sherlock dopiero dzisiaj uświadomił sobie, w co jest właściwie z tym całym bogiem grane.
Otóż, bóg gra z Sherlockiem w fochy. A jak Czytelnicy już wiedzą http://przygodysherlockak.blogspot.com/2008/08/o-sztuce-fochania-relacji-z-seulskiej.html , podstawową zasadą tej zabawy jest to, aby nigdy ofiary swojej nie wykończyć, przewagi zbyt miażdżącej nie osiągnąć i do jej kapitulacji nie doprowadzić.
I dlatego dzisiaj, w dniu najlepszej nowiny od wielu miesięcy, gdy pozwolił bóg Sherlockowi wrócić naprawdę do domu, czyli do ukochanego jego Instytutu, gdy jednym podejrzanie miękkim ruchem zakończył jego kłopoty na najważniejszych studiach i nawet nie zatrzasnął go rano w zepsutym tramwaju - dziś właśnie czuje Sherlock w sercu swym pewność szczególną, że nic dobrego go jutro nie czeka.
Ale przyznać też musi, że bóg to rozegrał mistrzowsko. Bo teraz nie może Sherlock nie chcieć już grać dalej...
Ma tylko jeden mizerny plan uprzedzenia boskiego natarcia. Skoro bóg tak się nudzi, że czyta jego bloga, to może kilka kolejnych notek przynajmniej na chwilę zajmie jego uwagę... 
Następna, doda, w ramach owej uwagi odwracania, będzie o miłości.

___

*filgloska. Czego oczy nie widzą, o tym nie da się z czystym filozoficznym sumieniem powiedzieć, że nie istnieje.  Jak widzą, to na zasadzie, że zmysły mogą przecież nas łudzić, zawsze można istnienie zakwestionować. Na przykład, ktoś nam mówi: Daj fajkę, widzę, że masz!, odpowiadamy: Ee, skąd, wydaje ci się. I dyskusja skończona, bo pewna siebie sceptycka fajko-kutwa speszy nawet najbardziej bezczelnego sępa empirystę. Sęp inteligentny czai się cierpliwie, aż wszystkie paczki znikną z zasięgu jego wzroku, mówi "A Sherloczek chce fajeczkę!" i spróbujcie udowodnić, że fajeczki nie macie, skoro wiadomo, że zbyt stanowczy opór skończy się w najlepszym razie zaciągnięciem Was do kiosku. W najlepszym...

**filgloska. Mała litera jest tu nie tyle prowokacją czy tandetną demonstracją braku szacunku, która mogłaby urazić część Czytelników, ile wyrazem filozoficznej niepewności co do ontycznego statusu Siły Wyższej. Trudno powiedzieć właściwie, dlaczego miałaby być ona policzalna, a jeśli policzalna, to dlaczego miałaby sumować się do Jedności, a jeśli nawet by się i sumowała, to już w ogóle nie da się orzec, czy w danej chwili chcemy się odnosić do całej tej Jedności czy do jakiegoś jej podzbioru, elementu czy mereologicznie wyróżnionej części... No i jak by się to przekładało na ortografię. I, owszem, jest to propozycja oryginalnego argumentu przeciwko odróżnianiu nazw własnych od niewłasnych. Bóg jest, zdaniem Sherlocka, nazwą fundamentalnie nieokreśloną, a już w najlepszym razie nazwą o referencji ruchomej.

***wyznanie. Lekko bogobojny jest, bo bardzo bojny w ogóle być nie potrafi. Nikt by nie potrafił, mając taką Rodzinę jak Sherlock. I tu chciał Sherlock pisać długo o tym, jak to bez Rodziny ani by (po terminie ;) do Edynburga nie poleciał, ani by (przed terminem) z radością nie wrócił, ani by pomiędzy na skajpie nie przetrwał, ani Indianki by nie ukatrupił, ani uczelni by nie obłaskawił... i takich ań jeszcze wiele pewnie by wymieniał. Ale dla bezpieczeństwa wolałby jednak na sojuszników do boga nie kablować...

Tuesday, 28 April 2009

O tym, dlaczego Sherlock nie będzie pisał bloga o jeździe na rolkach.. i o czym będzie dalej..

Bo wiecie, są takie blogi w Sieci, które są o Czymś Szczególnym. O polityce na przykład albo o stanikach. I są blogerzy, którzy w Sieci nie prowadzą życia tylko tak sobie skrobią o ciekawych rzeczach dla pożytku gawiedzi tudzież własnego i gugla (reklamy).
Każdy z nas takie profesjonalne blogi codziennie ogląda. Japonki_męskie.blogspot.com, dajmy na to. Spis kategorii w szwach pęka,  japonki na przestrzeni dziejów; japonki do opery, czy wypada?, gdzie kupić w Krakowie, pochodzenie, historia, konserwacja podeszwy, japonki świata, forum, wreszcie sklep online, reklamy google...
... a że autor ma na drugie Histiozaur (babcia się uparła), studiuje zaocznie aksjologię curlingu (rzut czajnikiem do celu fascynował go odkąd w dzieciństwie ciocia oblała go szklanką melisy) i co dzień nad ranem zaczaja się w krzaczorach przy Parku Krakowskim w samych japonkach i wielkim różowym szlafroku, żeby wychynąć nagle z okrzykiem "Jam jest Bóg Twój!" i wystraszyć na śmierć jakiegoś biednego studenta wracającego do domu po imprezie - o tym nikt by nigdy nawet nie pomyślał.
Sherlock niezmiernie szanuje tematyczne blogi oraz ich dyskretnych autorów, którzy prywatność swoją cenią i na pośmiewisko w necie nie wystawiają, a frajdą z blogowania przecież nie mniej od Sherlocka się cieszą, google-analytics bawią się nie gorzej i jeszcze sobie pisaniną na google-adsach dorabiają - a na blogu Sherlocka reklamę mógłby zamieścić chyba tylko Polmos.
Kiedy zatem zdarzyła się Sherlockowi kolejna długa przerwa w blogowaniu, ogarnęła go myśl, by wreszcie Coś w Swoim Życiu Zmienić, a że akurat ma do zrobienia potworną ilość tłumaczenia, w pierwszym rzędzie pomyślał o blogu.
Ha, duma więc Sherlock, to ja zacznę od nowa. Profesjonalnie, bezosobowo i tematycznie. Koniec z podejrzanymi wywodami o treści mentalnej i bezsilnymi żartami z filozofii. Koniec z alkoholowym ekshibicjonizmem. Koniec z żalami emigranta (to ostatnie choćby dlatego, że już Sherlock do ojczyzny na dobre i na złe wrócił ;) ). Koniec z wstydliwym upychaniem po kątach sherlockistycznych dywagacji. Koniec z bezobciachowym pozwalaniem sobie na dziwolągi językowe, anglicyzmy i Rodzinny idiolekt! Nowy blog Sherlocka będzie poważny, pożyteczny i po... no, jakieś trzecie na PO określenie sami sobie bez trudu domyślicie. Temat znaleziony już dawno, umiłowany i bliski, a dalej to już przecież pestka. Można zresztą potrenować na sucho... Hm...

Załóżmy, że Sherlock chce zrobić profesjonalny blog dla początkujących amatorów roleczków... Tfu! Rolek, znaczy.

Wpis pierwszy: 
ukhm...

"Zaczynamy przygodę z rolkami"

Po pierwsze, należy wybrać stosowne miejsce dla rozpoczęcia nauki (stosowne! jakie profesjonalne słowo, juhu! :) ). 
Nie powinna to być, na przykład, mała jedynka w Bursie Jagiellońskiej (1x1 m), po której Sherlock jeździł sobie pierwszego wieczora po zakupie, odbijając się na zmianę o łóżko i szafę, a po drodze relacjonując wrażenia przez gadu gadu z kompa na stole, bo... Bo... Hm... bo co właściwie... Bo mu się niewygodnie przy tym loda jadło?
Hm, no, najwyżej zaczniemy od czegoś innego...

Po pierwsze, należy zastanowić się, jakie są nasze oczekiwania (ooo!).
Czy chcemy wyczynowo zasuwać po Błoniach czy tak naprawdę, to chodzi nam o to piwko na rozbieg, na przerwę i na ugaszenie pragnienia po wyczerpujących dwóch długościach (tych krótszych)? Jeżeli myślimy, że o to pierwsze, to zastanówmy się jeszcze raz.
Hm... Może w ogóle zacznę lepiej od drugiego wpisu?

"Podstawy techniki rolkarza"

Jako rozsądni antylogicyści, antyfizykaliści a także w ogóle filozoficzni antyfundamentaliści [filgloska] stanowczo odrzucamy przekonanie, jakoby w technice dało się wyróżnić podstawy [długa filgloska]. A już na pewno nie sądzimy, że od podstaw należy próbować zaczynać (sowa Minerwy, [filgloska]). W ogóle zresztą nie wierzymy w "wiedzę jak" [filgloska], a "wiedzę że" mamy tylko taką, że wiemy, że zanim cudem naciągniecie wszystkie ochraniacze we właściwej kolejności i wstaniecie w rolkach z ławeczki, to bardziej doświadczone towarzystwo już dawno odjedzie wam w dal siną i siłą ambicji jakoś się za tym towarzystwem poturlacie (żeby ich nie zgubić w drodze na porolkowe piwo).
I to w zasadzie wyjaśnia, dlaczego wpisu trzeciego "O bezpiecznym upadaniu" nie będzie, bo siem Sherloczek wypierdolił i go kolanko boli :( TU! O, tu ma siniaczka.
...

Tak właśnie - zastanawiając się po drodze, czemu wyszło mu, że nie wierzy w "wiedzę jak", skoro wierzy w nią już bardziej niż w "wiedzę że" - doszedł Sherlock do wniosku, że profesjonalnego bloga ani o roleczkach ani na wymarzony swój temat jednak prowadził nie będzie... 
Ogłasza jednak, że już dziś zamierza wyjść z szafy i nie bojąc się pogardliwych spojrzeń i wymownych ziewów bez skrępowania temat swój wymarzony promować. Od dziś jest to zatem otwarcie sherlockistyczny blog konfesyjny, by nie rzec: misyjny.
Żegna się zatem Sherlock z holmesologicznym pozdrowieniem i zapowiada rychłe rozpoczęcie jawnej już holmesangelizacji.

P.S. Ale o roleczkach też jeszcze będzie ;)

Sunday, 5 October 2008

06:44-07:57 albo o tym, dlaczego Sherlock zginie marnie...

Jak większości Czytelników wiadomo, są takie trzy słowa, których przy Sherlocku wypowiadać nie należy: Holmes, Jeremy i Brett. Jeśli się nieopatrznie któreś z nich wypowie, można zginąć pod nawałą sherlockistycznych wywodów, sięgających od Kanonu sir Arthura Conan Doyle'a, przez debatę na temat obliczania odległości na podstawie obserwacji mijanych słupów telegraficznych, a kończących się, jeśli w ogóle, to na monologu o róży z niezapomnianego "Naval Treaty" z Jeremym Brettem w roli głównej.
Sherlock ma takie podejrzenie, że przyjaciele zaczęli nazywać go Sherlockiem głównie po to, by chociaż jedno z potencjalnie groźnych słów wyeliminować przez oswojenie - bo nawet Sherlock K. nie jest w stanie wybuchać potokiem sherlockistycznej wymowy za każdym razem, kiedy wołają go na wódkę.
Hey! You've got to hide your love away, powiedział sobie zatem Sherlock i przyjaciół Sherlockianami dręczyć przestał, a - spokojnie! - Czytelników drogich nie zamierza.
Post dzisiejszy służyć ma tylko wyjaśnieniu, dlaczego druga po filozofii pasja życia Sherlocka już wkrótce może spowodować, że zamilknie on nie tylko w tej sprawie.
Sherlock po raz pierwszy zapalił na poważnie po obejrzeniu siódmej minuty tego filmu (dokładne namiary w tytule). Po raz drugi, gdy się dowiedział, że Jeremy Brett już nie żyje.

A Sherlock zginie marnie oczywiście nie dlatego, że nikotyna szkodzi, a dlatego, że szkocki obyczaj, by niezbędną do piwa fajkę wypalać bez piwa, za to na deszczu i wietrze pod pubem, przyprawi go w końcu o zapalenie płuc.

Natomiast Brettowy wideo-pasek pojawił się na blogu po to, żebyście zawsze pamiętali, że tam, na youtubie, takich jak Sherlock K. maniaków są miliooony. I ktoś Was w końcu z tym wyliczaniem odległości ze słupów dopadnie...